wtorek, 25 sierpnia 2026

Potwór XXX - Człowiek

Żyję z pozoru w bezpiecznym miejscu. Czuję jednak ciągłe zagrożenie. Nadchodzi ono ze strony tych stworów, których wszędzie pełno. Nazywam je potworami, ponieważ tak mi się jawią i zawsze tak było. Nie ma z resztą w przyrodzie bardziej zdradliwego i morderczego zwierzęcia. Wyglądem przypominają mnie, ale nie są tym samym. Na samym czubku mają wielką kulę, a w jej środku znajdują się dwie kolejne, mniejsze. Poza tym dysponują innymi bulwami na całym ciele. Są szorstkie w dotyku i często pokryte włosiem. Wydają dzikie, piskliwe dźwięki, które są jednocześnie bardzo irytujące i przerażające. Zasiedlają cała Ziemię. Jest wiele filmów, które dobrze oddają ich niecną naturę. Ja postanowiłem wybrać pochodzący z 2008 roku obraz "Mamma Mia!". Jest to dzieło, które opowiada o pewnej nieodpowiedzialnej samicy potwora, która się rozmnaża. Efektem tego rozmnażania jest pomiot. Po jakimś czasie on również chce się rozmnażać. Wcześniej pragnie jednak poznać swego współkreatora. Wszystko to rozgrywa się na jednej z greckich wysepek w rytm muzyki zespołu ABBA. Są to na pewno zalety filmu. Cała reszta wzbudza jednak mój niepokój. Tak samo z resztą, jak każda istota pełna wigoru i energii. Grozę budzą przede wszystkim ich rytuały, wśród których naczelną rolę zajmuje taniec. Jest to bardzo dziwna czynność, którą trudno wytłumaczyć. Zwłaszcza dla kogoś spętanego chronicznym wstydem jawi się ona jako prawdziwe Himalaje rozbestwienia. W "Mamma Mia!" dużo jest tego tańca, jak również śpiewania. Ogólnie film tryska pozytywnymi wibracjami i radością życia oraz jak na porządną komedię romantyczną przystało, wszystkie problemy rozwiązują się tu jakby same i nikt nie cierpi. Nosi zatem spory potencjał do straszenia i jako taki powinien być postrzegany.



wtorek, 28 kwietnia 2026

3 fajne filmy z... - Polska

Chociaż pierwotnie seria miała nie obejmować polskich produkcji, to postanowiłem zmienić zasady w trakcie gry. Ponieważ to moja gra to mogę to zrobić. Poniżej zatem 3 propozycje produkcji polskich, które uważam za warte uwagi. Trudno było je wybrać, bo polskich filmów widziałem od groma, ale postanowiłem się ukierunkować na specyficzne obrazy. A mianowicie takie średniometrażowe, czyli nieco dłuższe, niż krótki metraż, ale nadal poniżej godziny. Kiedyś sporo ich było kręconych, często przez telewizję. Obecnie rzadko się to zdarza. Jak się więc można domyślić, moje wybory zaliczają się do tych starszych, co w sumie nie powinno dziwić, gdyż polskie stare kino cenię sobie dość wysoko.


Na pierwszy ogień idzie pozycja z 1981 roku o tajemniczym tytule "Wahadełko" w reżyserii Filipa Bajona. Bohaterem filmu jest mężczyzna, który dnie spędza w łóżku. Jest obłożnie chory na różne zaburzenia natury psychicznej. Mieszka wraz z matką, którą oskarża o swoje kłopoty oraz siostrą, która się nim opiekuje. Jest zgryźliwy i często niemiły dla siostry, odznaczającej się niebywałą cierpliwością. Obraz można nazwać jednym z pierwszych tak jawnych przedstawień depresji w polskim kinie. Jest to dzieło tragikomiczne. Niewesoła sytuacja całej rodziny jest tutaj bowiem poprzetykana wątkami humorystycznymi. Są one poniekąd niezamierzone przez bohaterów, ale ich próby radzenia sobie z rzeczywistością są nieraz absurdalne. Najlepszym tego przykładem jest scena z przedstawicielką partii, której rodzeństwo wmawia, że ich mama nie żyje, podczas gdy jest ona tuż za oknem, pracując w ogródku. "Wahadełko" to w dużej mierze popis grającego główna rolę Janusza Gajosa, który znajdował się wówczas u szczytu swych możliwości. Film jest przejmującym obrazem marazmu i ludzkiego zagubienia, ale też poświęcenia. Przy okazji obnaża ułudę ślepego podążania za ideologią, niszczącą rodzinne więzy.

Podobną krytykę systemu zawiera kolejna propozycja, a więc mało znany obraz "Co to konia obchodzi?" z 1987 roku. Przedstawia on końcową fazę PRL, ale jego przesłanie jest uniwersalne. Oto grupa robotników transportuje przez całą Polskę transformator. Jadą z Przemyśla do Szczecina, a więc jest to najdłuższa możliwa trasa samochodowa. Po drodze przeżywają różne perypetie, łącznie z przekopywaniem drogi. W końcu natrafiają na jadący z przeciwka identyczny transport, który wiezie taki sam transformator w odwrotnym kierunku. Film posiada bardzo swojski klimat i naturalne dialogi wypowiadane przez grupę utalentowanych aktorów z Boguszem Bilewskim i Kazimierzem Kaczorem na czele. Jest nawet Jerzy z "Klanu", który udaje z powodzeniem Ślązaka. Dzieło reżyserki Grażyny Popowicz ukazuje w ten namacalny sposób chaos panujący w schyłkowym okresie systemu, gdzie decyzje kierownicze są bez sensu, a pracownicy ponoszą ich konsekwencje. Mimo upływu lat nadal można się spotkać z podobnymi przypadkami. Managerowie na całym świecie łączą się w swojej głupocie i braku wyobraźni, udowadniając, że nie dostali awansu za umiejętności i że nie wiedzą, na czym polega praca, którą nadzorują. A jedynym wyjściem w tej sytuacji jest, podobnie jak w filmie, rzucić to wszystko w cholerę.

Na koniec coś lżejszego i przy okazji najstarszego na liście, czyli klasyczna w pewnym sensie komedia z Adolfem Dymszą pod tytułem "Sportowiec mimo woli" z 1939 roku. Piszę w pewnym sensie, bo może nie każdemu jest ona znana. Dla mnie zalicza się do przedwojennej klasyki, ale dla młodszego widza może stanowić zagadkę. Dymsza gra tu fryzjera Czwartka, który pomylony zostaje z hokeistą Piątkiem. I tyle w sumie wystarczy, jeśli idzie o fabułę. Nie jest to skomplikowana intryga i polega na zwykłej zamianie miejsc, lecz jest to wykonane w tak mistrzowski sposób, iż jest to więcej niż wystarczające. Film z resztą zawiera też inne stałe sprawdzone motywy starszych komedii jak przebranie faceta za kobietę. Jest też oczywiście miejsce na odrobinę romansu i humoru sytuacyjnego. Wisienką na torcie jest zaś kulminacyjna scena meczu, w której popis atletyczno-aktorski daje wspomniany Dymsza. Sekwencja ta pozostaje dla mnie prawdziwą perełką komedii przedwojennej i ogólnie polskiej. Na ekranie popularnemu Dodkowi partnerują urokliwi Aleksander Żabczyński oraz Ina Benita, jak i starzy wyjadacze Orwid i Sempoliński. "Sportowiec mimo woli" to film, który dobrze się zestarzał, ale i tak ciekawy jestem, jakby wypadł jakiś współczesny remake tego filmu. Oczywiście zrobiony przez kogoś z głową na karku.

wtorek, 21 kwietnia 2026

3 fajne filmy z... - USA

Amerykanie jak wiadomo, wiodą prym w biznesie filmowym. Można powiedzieć, że to oni go stworzyli, przynajmniej w takiej formie, jaką obecnie znamy. Zwłaszcza w ostatnich latach dominują oni rynek światowy, zalewając go często niezbyt udanymi produkcjami. Niestety i tak są one chętnie oglądane przez ludzi, zatem kasa się zgadza i nikt nic nie zmienia ani nie szuka nowych rozwiązań. Smutne jest to, że gdy spyta się kogoś z Azji, Europy, czy Afryki o ulubiony film wszyscy podają Gwiezdne Wojny albo coś z uniwersum Marvela, zapominając przy tym o własnej spuściźnie. Filmy z USA nie są bowiem takie fantastyczne, nawet te z Hollywood, które od dawna zjada swój ogon, prezentując bajki dla dorosłych. Na szczęście można znaleźć kilka ciekawszych pozycji w amerykańskiej kinematografii, które warto przytoczyć.


Szczęście to Święty Graal każdego człowieka. Prawie każdy chce go zaznać, najlepiej w dużych ilościach. Są tacy, głównie celebryci, którzy twierdzą, że są non stop szczęśliwi. Są to oczywiście oszołomy. Prawdziwe szczęście trwa bowiem krótko, to tylko chwile jak mówią słowa popularnej piosenki. Mit szczęścia przywędrował do nas z Ameryki. I tak jak większość rzeczy z tej dziwnej krainy krwią i spermą płynącej, jest to istny koń trojański. Model promowany przez Stany wmawia nam, że szczęście jest łatwe i – co więcej – można je nawet kupić za garść dularów. Tymczasem to tak nie działa. Co ciekawe sami Amerykanie domyślili się, że coś tu nie gra i rozgryźli ten złowieszczy plan. Filmem, który stanowi tego dowód, jest pochodząca z 1998 roku produkcja o tytule nomen omen "Happiness". Jest to film z serii "kilka różnych opowieści i postaci pozornie ze sobą niezwiązanych, które pokazywane są w kilku osobnych liniach narracyjnych". Nie będę się tu o każdej rozpisywał. Zaznaczę tylko, że podejmowane w obrazie tematy tyczą się ogólnie rozumianych relacji, czy to rodzinnych, czy damsko-męskich. Jest tu też miejsce na studium samotności, alienacji, desperacji czy nawet dewiacji. To właśnie ten ostatni element najbardziej zapada w pamięć, będąc prawdziwym wyzwaniem dla niedzielnego widza. Zagadnienie zaburzeń seksualnych jest tu ukazane w zaskakująco wyważony, spokojny, metodyczny sposób. Nie jest nacechowany emocjami, czy też przemocą. Zagadnienie jest ukazane w sposób mało spektakularny, wręcz nudną, ale w tym tkwi jego siła. Chociaż tego nie chcemy, takie sytuacje mają miejsce i są częścią zwykłego życia dla niejednego człowieka. Tytułowe szczęście, a właściwie pogoń za nim prowadzi do czegoś zupełnie odwrotnego, czyli nieszczęścia. I o tym właśnie jest w istocie ten film.

Niepodległe Stany przeżyły jedną wojnę na swoim terenie, a mianowicie wojnę sensacyjną. I podobnie jak o każdej wojnie, w jakiej brali udział, tak samo o tej, Amerykanie uwielbiają kręcić filmy. Konflikty zbrojne oraz ich cała otoczka to bowiem bardzo atrakcyjny temat dla filmowców. Jedną z mniej znanych pozycji w tym nurcie jest obraz o tytule "Andersonville" z 1996 roku w reżyserii samego Johna Frankenheimera. Ta telewizyjna produkcja oparta jest na prawdziwych zdarzeniach i opowiada o pewnym obozie jenieckim dla żołnierzy Północy kierowanym przez szwajcarskiego naczelnika Henry'ego Wirza, który jakoś zapodział się w Ameryce podczas rzeczonego konfliktu. Film ukazuje obozowe życie od podszewki. Warunki tam panujące nie należały do lekkich. Osadzeni nie mieli nawet własnych baraków, a nocowali pod namiotami. A było ich tam jak mrowków. Szybko zaczęło dochodzić w tym miejscu do aktów patologii. Powstał oto pewien gang, który bił i okradał innych osadzonych, zwłaszcza nowo przybyłych. Działo się to na oczach wszystkich pozostałych, lecz bez ich reakcji. Do czasu. W końcu znalazło się paru odważnych, którzy porwali całą resztę do walki przeciw oprychom. Udało się ich pokonać, osądzić, a przywódców stracić. Film w dobitny sposób pokazuje, jak bierność na zło może prowadzić do jego rozrostu. Takie same mechanizmy kierują też naszym codziennym, społecznym życiem. Tam, gdzie brak cywilnej odwagi, jedności oraz akceptacja dla wynaturzeń, panoszy się patologia. A wystarczy chociaż jeden głos sprzeciwu, by ją powstrzymać.

Innym ulubionym tematem amerykańskich filmów obok wojen są seryjni mordercy. Mają oni często za oceanem status gwiazd, a ich losy są romantyzowane przez liczne produkcje kinowe i telewizyjne. Jedną z nich jest "Pieśń kata" z 1982 roku, której bohaterem jest Gary Gilmore. Postać ta to jeden ze słynniejszych zabójców w historii i oprócz filmów doczekał się też piosenek o sobie. Został on jako młody człowiek osadzony w zakładzie karnym, gdzie jak nietrudno się domyślić, stał się ofiarą przemocy, by potem sam stać się katem dla innych. Gdy w końcu go wypuszczono, był jak zdziczałe zwierzę. Efektem tego były napady rabunkowe, podczas których zastrzelił dwie osoby. Szybko go złapano i osadzono. Film ukazuje nam losy Gilmore'a podczas tego krótkiego okresu wolności. W postać tę świetnie wcielił się relatywnie jeszcze młody Tommy Lee Jones. Zagrał bardzo wiarygodnie, z typową dla siebie, charyzmą. Na ekranie partneruje mu Rosanna Arquette. Gra ona zapoznaną dziewczynę i jedyną osobę, z którą Gary mógł szczerze porozmawiać. Obraz reżysera Lawrence'a Schillera stanowi kliniczne wręcz studium człowieka stworzonego przez bezduszny system. I chociaż na pewno nie można zaprzeczyć zbrodniom, jakie popełnił, to jednak twórcom udało się sprawić, że widz może jakoś przejąć się jego losem, widząc w nim kolejną ofiarę instytucji i bohatera tragicznego.

wtorek, 7 kwietnia 2026

3 fajne filmy z... - Brazylia

Brazylia kojarzy mi się z piłką, zabawami na plaży i zużytymi prezerwatywami pływającymi w zatoce Rio de Janeiro. Życie tamtejszych ludzi kręci się w dużej mierze wokół tych spraw. Nic więc dziwnego, iż właśnie o tych rzeczach kręcą też filmy. Dzieł z Brazylii powstało wiele, najsłynniejszym jest prawdopodobnie "Miasto Boga". Istnieją jednak też inne nawet ciekawsze propozycje, o których chciałbym tu wspomnieć. Nie widziałem dużo produkcji brazylijskich, ale parę się uzbierało. Jest wśród nich również obraz dokumentalny, co stanowi pewne novum w moich zestawieniach. Zdecydowałem się nie umieszczać żadnych dzieł Glaubera Rochy, najsłynniejszego i najbardziej zasłużonego brazylijskiego twórcy, jak również nie wspominać o słynnym "Mieście Boga" właśnie dlatego, że pozycje te są dobrze znane, a ja wolę się skupić na tych mniej popularnych.


Jechać z kur*ami można by powiedzieć, oglądając brazylijską produkcję "Elitarni" z 2007 roku. Ten bezkompromisowy obraz opowiada o specjalnej grupie policjantów walczących z narkotykowymi bossami z faweli. Film to rasowy przykład kina sensacyjno-policyjnego. Posiada jednak przy tym sporo elementów dramatycznych, nie jest to tylko sama akcja. Film przedstawia jakby dwa spojrzenia na traktowanie przestępczości - to bardziej liberalne, które zakłada wchodzenie w układy z bandytami i utrzymywanie ich oraz to bardziej bezwzględne, które zakłada bezpardonową walkę oraz eliminację. Tytuł przedstawia codzienne życie policyjne i niebezpieczeństwa, na jakie narażeni są funkcjonariusze. Jest to film, który nie bierze jeńców i w sposób dosadny udowadnia, że ten, kto mieczem wojuje, od miecza ginąć powinien. Jeśli idzie o aspekty sensacyjne, to nie jest on gorzej nakręcony od niejednej hollywoodzkiej produkcji. Robi to naprawdę wrażenie. Bliska i dynamiczna praca kamery sprawia, że czujemy się jakby prawie na miejscu akcji. Jest to na pewno jedna z zalet dzieła, które odbiło się pewnym echem poza granicami kraju, przybliżając międzynarodowemu widzowi realia codziennego życia oddziałów specjalnych policji.

"Brasileirinho. Muzyka słońca" to dokument z 2005 roku traktujący ogólnie rzecz mówiąc o brazylijskiej muzyce. I nie mam tu na myśli samby. Jak się bowiem okazuje, Brazylia ma do zaoferowania całą gamę muzycznych gatunków i stylów. Nie można zapominać, że to tam właśnie powstała, chociażby bossa-nova, ale także np. choro które jest jednym z najbardziej charakterystycznych stylów z kraju kawy. Obraz wprawdzie stanowi międzynarodową koprodukcję, ale uznałem, że ponieważ Brazylijczycy maczali w niej palce, to zasługuje na wspomnienie. Poza tym ukazuje on prawdziwie narodową pasję napędzającą kulturę od kulis. Mamy tutaj szansę zaobserwować całą masę artystów z Brazylii, takich jak Elza Soares, Teresa Cristina, czy Guinga, którzy z wielką pasją opowiadają o swoich inspiracjach oraz twórczości. To właśnie te momenty należą do najbardziej pamiętnych i robiących wrażenie będąc jawnym świadectwem czystego talentu oraz niepohamowanej potrzeby wyrażania się poprzez tworzenie. Dokument to prawdziwa gratka dla każdego fana muzyki brazylijskiej, ponieważ zawiera nie tylko wnikliwy wgląd w świat i życie artystów, ale pokazuje także niemalże na żywo proces twórczy powstawania utworów. A są one w istocie bardzo proste i poruszają swojskie klimaty, mimo że ich pochodzenie jest tak dalekie geograficznie od nas. Bohaterowie filmu odznaczają się wielkim talentem, popartym wysokim rzemiosłem, jak również niesamowitą naturalnością, dzięki czemu seans upływa bardzo płynnie i w miłej atmosferze. Jest to też przy okazji spora inspiracja dla niejednego miłośnika muzyki różnej.

Ze do Caixao, czyli Coffin Joe, czyli Grabarz Jaś to bohater serii brazylijskich filmów grozy, które sławę zdobyły w latach 60. Odpowiedzialny za powstanie tej postaci oraz całego uniwersum był niejaki Jose Mojica Marins. Pierwszy z serii jego dzieł zatytułowany "O północy zabiorę twą duszę" był jednocześnie dziewiczym brazylijskim horrorem. Coffin Joe pełni funkcję grabarza w pewnej wiosce, w której wszyscy się go boją, ponieważ robi złowrogie miny i nosi kapelutek. Przede wszystkim jest jednak bluźniercą. Nie wierzy w Boga, publicznie przyznaje się do bycia ateistą, je mięso w piątki no i morduje ludzi. Robi to oczywiście nieoficjalnie, żeby go nie zamknęli. Jego obsesją jest posiadania syna, którego postrzega jako sposób na nieśmiertelność. Dlatego też chodzi po okolicy i napastuje każdą kobietę, jaka się napatoczy. Wszyscy podejrzewają go o niecne sprawki, ale boją się mu przeciwstawić, bo Joe dostaje kurwików w oczach i wtedy jest w stanie pokonać każdego. Film jest całkiem nieźle zrealizowany, zważywszy, że nie stoi za nim żadne poważne studio. Można sobie wyobrazić, że w swoim czasie był szokujący dla widzów z uwagi na sceny mordów i tortur. Przede wszystkim intryguje jednak wielce ekspresyjna gra głównego bohatera i jego płomienne przemowy. Joe ma swoje widzimisię. Gardzi rasą ludzką z uwagi na jej zabobonność i tchórzostwo. W przeciwieństwie do nich rzuca on wyzwanie życiu, śmierci, Bogu i Diabłu. Wszystkim komu się da. Marnie wprawdzie przez to kończy, ale co się namorduje ludzi to jego.

wtorek, 10 marca 2026

TOP 10: polskie komedie

Polacy uwielbiają się śmiać. Najbardziej z innych. Czasami jednak potrafią też i z siebie, przynajmniej część z nich. A to bardzo cenna cecha, właściwie to niezbędna, aby prowadzić szczęśliwe życie. Wiele o poczuciu humoru danego narodu mówić mogą filmy komediowe przez niego tworzone. W Polsce mamy bogate tradycje komediowe, które jednak w ostatnich dekadach zdają się umierać. Wszystkie najlepsze i najbardziej popularne obrazy tego gatunku powstały już wiele lat temu. Mimo to często nadal są aktualne, może stąd bierze się ich niesłabnąca popularność. Jest zatem w czym wybierać i tego zadania też się podjąłem. Przyznaję, że dominują starsze produkcje, ale uważam, że zwyczajnie są lepsze od tych późniejszych, chociażby powstałych po 2000 roku. Trudno jest wybrać najlepsze komedie, bo gust i poczucie humoru jest słabo mierzalne. Pomimo tego uważam, że każda z pozycji z mojej listy się broni, a tak naprawdę mogłaby, by ona być o wiele dłuższa.


10. Człowiek z M-3 (1968)

"Człowiek z M-3" to bardzo sympatyczna komedia z dawnych lat. Prezentuje poziom światowy. Jej bohater musi w krótkim czasie znaleźć sobie żonę, inaczej nie dostanie mieszkania. Klasą samą dla siebie jest Bogumił Kobiela, który był jednym z tytanów polskiej komedii i w ogóle kina. Jak to na ogół bywa w przypadku starych filmów, cała obsada prezentuje się wyśmienicie i nie ma tu żadnej złej roli, czy momentu. Imponują zwłaszcza kandydatki na żonę, na czele Mają Wodecką lub młodą Szykulską. Filmowi bliżej komedii romantycznej niż znanym z późniejszych lat produkcjom wyśmiewających absurdy życia w PRL-u.


9. Rozmowy kontrolowane (1991)

Nie wiem czemu, ale zawsze tkwiłem w przekonaniu, że "Rozmowy kontrolowane" powstały jakoś w latach 80. Może dlatego, że nie kojarzyłem lat 90. z dobrym polskim kinem. Jednak jak się okazuje, na początku tej dekady powstał film i to komedia, która bawi do dziś nie mniej niż inne klasyki. Podobnie jak każda popularna polska komedia także tu mamy do czynienia ze statusem wręcz kultowym, który uzyskany został między innymi dzięki pamiętnym tekstom i ikonicznym scenom. Humorystycznie film tkwi niejako jeszcze w poprzedniej epoce, być może z tego czerpie swoją siłę.


8. Skarb (1948)

Najstarszy w zestawieniu film to "Skarb" z 1948 roku. Opowiada o grupie ludzi mieszkających na kupię w jednym z ocalałych po wojnie budynków. W wyniku pewnej pomyłki są oni przeświadczeni, że w mieszkaniu znajduje się wielki skarb i postanawiają go odnaleźć, co oczywiście jest przyczynkiem do całej serii komicznych sytuacji. Obsada jest zacna, ale show jak to zwykle bywa, kradnie Dymsza. Dla mnie niektóre sceny ze skarbu z jego udziałem jak nieudana audycja radiowa, to prawdziwa klasyka polskiej komedii. Film jest prosty, śmieszny i jak na okres powstania, niesie ze sobą bardzo dużą dawkę pozytywnej energii. I chociaż nie jestem fanem remake'ów to aż jestem ciekawy, jak "Skarb: wypadłby w nowej, współczesnej interpretacji.


7. Nie lubię poniedziałku (1971)

"Nie lubię poniedziałku" zawsze kojarzył mi się bardziej z latami 60. niż z 70. Jest jakby osadzony bardziej w estetyce tej dekady. Jest to bardzo pogodna i sympatyczna komedia, w której poznajemy całą masę bohaterów, próbujących przetrwać jakoś najbardziej nielubiany dzień tygodnia, jakim jest poniedziałek. Mimo licznych problemów świat ukazany w dziele jawił mi się zawsze jako wręcz idylliczny. I był to ponoć celowy zamysł. Chodziło o ukazanie polskiej rzeczywistości w jasnym świetle. Mnie to nigdy nie przeszkadzało, a to dlatego, iż film zwyczajnie jest zabawny. Zawiera wprawdzie mało kontrowersyjne motywy, ale ociera się momentami o czysty absurd, będąc niejako zapowiedzią tego, co czekało nas w późniejszych latach.


6. Dzień świra (2002)

"Dzień świra" to najnowsza rocznikowo produkcja na mojej liście, a pochodzi z 2002, czyli ma już ponad 20 lat. Jest więc całkiem stara. To dużo mówi o obecnym poziomie komedii we współczesnym polskim kinie oraz jaki zjazd ten gatunek zaliczył. Zdecydowałem się umieścić "świra" w zestawieniu. Ponieważ jest to dzieło wyróżniające się, takie, które definiuje może nie pokolenie, ale całą masę pokoleń. Jak mało, który film diagnozuje polskie przywary. Owszem spotkałem też negatywne opinie o tym dziele, ale były one mało wiarygodne. Obraz jest niby komedią i tak jest odbierany, jako opowieść pełna absurdów o jakimś śmiesznym człowieczku. Tymczasem jest to krzywe zwierciadło naszego świata. To w istocie tragiczny film o tym, że my Polacy jesteśmy zjebami. Brakuje mi obecnie czegoś podobnego, bo czasy aż same się proszą o wnikliwą analizę pewnych zjawisk. Trzeba się śmieć z tego gówna, bo śmiech to czasem jedyne antidotum na rzeczywistości i zwykle ludzkie wkurwienie.


5. Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz (1978)

Pierwsza na liście pozycja wyreżyserowana przez Bareję uważana za kultową oraz taka, której nie może zabraknąć w zestawieniu. "Miś" jest może bardziej rozpoznawalny, lecz "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" cechuje się podobnym humorem opartym na absurdzie, podobną tematyką oraz ukazanymi realiami. Posiada też niewiele mniej ikonicznych tekstów i patentów. Fabuła jest tutaj umowna i w sumie może nie być dla każdego jasna. Nie o nią jednak tutaj chodzi. Film stanowi szereg powiązanych ze sobą w większym lub mniejszym stopniu scen. Jego mocną stroną jest oczywiście aktorstwo. Każda postać, nawet epizodyczna ma tutaj swoje miejsce i potrafi na chwilę zabłysnąć. Z bardziej pamiętnych momentów wymienić należy sekwencję w sklepie, opis podróży do pracy, czy też tureckiego handlarza.


4. Poszukiwany, poszukiwana (1972)

Film ten widziałem wiele razy, prawie za każdym razem jak leciał w tv. Wynika to z faktu, iż jest on niemal perfekcyjny. Wiem, że stary pomysł przebrania faceta za babę nie jest może czymś szczególnym, ale tutaj udało się osiągnąć coś wyjątkowego. Wynieść ten motyw do najwyższej rangi. Możliwe było to w dużej mierze dzięki całej gamie charakterystycznych aktorów, którzy nieraz sprawdzali się na komediowym polu walki. Nie nazwałbym może roli Wojciecha Pokory jego rolą życia, ale na pewno prezentuje on tu szczyt swoich możliwości. Mnie zawsze najbardziej śmieszyła postać dyrektora i jego innowacyjny plan przeniesienia jeziora na inne miejsce osiedla. Ważną rolę gra tu także muzyka, stanowiąc idealny podkład dla konkretnych sytuacji. Myślę, że obraz ma na tyle duży potencjał, iż jego remake, nawet międzynarodowy, okazałby się sukcesem.


3. Seksmisja (1983)

"Seksmisja" Machulskiego to dziś jeden z najbardziej znanych polskich filmów. Pamiętam, że widziałem go nawet kiedyś w gazecie na jakimś niemieckim kanale. Nic w sumie dziwnego, znając rubaszność Niemców, ponieważ film oferuje sporo golizny i tematów związanych z seksem. Mnie zawsze bawiły jednak inne jego aspekty, przede wszystkim pamiętne teksty wypowiadane głównie przez Stuhra, takie jak "kobieta mnie bije" czy "nasi tu byli". Wiem, że niektórzy próbują dyskredytować owo dzieło, ale jest to raczej malkontenctwo niż rzetelna krytyka. "Seksmisja" oferuje bowiem idealne połączenie komedii z kinem sci fi i do tego społeczny komentarz. Dojrzały film dla dorosłych.


2. Rejs (1970)

Można rzec, że "Rejs" to dzieło niezrozumiane. Zwłaszcza wraz z upływem czasu. Albo po prostu części ludzi nie potrafi w nim dostrzec tych zalet, które niewątpliwie posiada. Dużą rolę odgrywa tu także specyficzne, nieoczywiste poczucie humoru. "Rejs" nie każdego będzie śmieszył. Innych będzie nudził. Niektóre sceny, jak ćwiczenia gimnastyczne, zaiste należą do słabszych stron dzieła. Nie sposób jednak nie dostrzec w tym całym zamieszaniu wielu perełek komedii. Jest to też kolejny film z całą listą kultowych scen i tekstów. Moim prywatnym faworytem jest ocena jakże przecież optymistycznej piosenki młodego śpiewaka, która jednych ożywia, a inni przy niej zasypiają zaś scena z powolnym zanurzaniem się w wodzie podczas dyskusji to już prawdziwe szczyty komedii sytuacyjnej oraz klasa światowa. Atutem rejsu jest umiejętne wykorzystanie gry profesjonalnych aktorów z naturszczykami, którzy są tu prawdziwymi gwiazdami.


1. Miś (1980)

"Miś" to bezsprzecznie pozycja kultowa i jedna z najbardziej popularnych polskich komedii jak ogólnie filmów. To są jednak właściwie już piękne frazesy. Podejrzewam, że z czasem ikoniczność tej pozycji może spadać, jako że już nawet 30-latkowie nie do końca pojmują fenomenu owej produkcji. A czemu jest ona warta uwagi? Przyznam się bez bicia, że przez lata nie ogarniałem nawet fabuły "Misia:. Jako dziecko nie wiedziałem, o co idzie cała intryga, ale i tak film mnie bawił. Nie o fabułę tu bowiem chodzi, a o rejestrację rzeczywistości w przerysowanym świetle. Prawie każda scena jest naznaczona jakimś żartem, a gdy dodamy do tego, że jest on pamiętny to mamy prawdziwy festiwal niezapomnianych sekwencji. Teksty w nich zawarte przeszły niejednokrotnie do języka powszechnego, co jest kolejny dowodem "kultowości" obrazu. Krótko mówiąc "Miś" to polska, prawdziwa klasyka, którą zawsze jestem gotowy oglądać. Poziom absurdu jest tu podniesiony do rangi sztuki, ale nasz absurd jest o tyle śmieszniejszy, ponieważ niejedna sytuacja z filmu nadal jest aktualna.

wtorek, 10 lutego 2026

Potwór XXIX - T-1000

Jestem sporym fanem pierwszej części "Terminatora" z 1984 roku w reżyserii Jamesa Camerona. Uwielbiam jego duszny mroczny klimat i poczucie alienacji w walce z niemalże niezniszczalnym przeciwnikiem. Tworząc drugą część, reżyser miał na pewno nie lada zagwozdkę jak to przebić. Ponieważ jednak już wcześniej przy okazji "Aliens" pokazał, że radzi sobie z sequelami także "Terminator 2" wyszedł mu super, będąc wielkim hitem. Rozwiązaniem na zaskoczenie widza i stworzenie czegoś nowego był twist, który z Terminatora Arnolda zrobił pozytywnego bohatera, który walczyć ma z całkiem nowym zagrożeniem. A jest nim robot wyższej generacji, czyli zmiennokształtny T-1000. Pomijając wszystkie kreacje w "Terminatorze 2" z Arniem, synkiem, czy Lindą Hamilton na czele, to właśnie wcielający się w rolę T-1000 Robert Patrick skradł moim zdaniem show. Aktor został idealnie dobrany. Jego uroda jest z jednej strony pospolita, ale z drugiej odznacza się jakąś taką nikczemnością. Miny i spojrzenia, jakie rzuca, perfekcyjnie oddają bezduszne i totalnie złe zamiary postaci. Robert Patrick grający T-1000 pozostaje moim cichym antybohaterem, jeśli idzie o "Terminatora 2", ale także, jeśli idzie o cały nurt sci-fi, jak i ogólnie kino.


wtorek, 3 lutego 2026

Potwór XXVIII - Piwniczniak

Każdy chyba miał kiedyś piwnice. Nawet jeśli nie miał, to słyszał o takim pomieszczeniu. Jest ono najczęściej usytuowane pod mieszkaniem, czyli zwyczajnie mówiąc pod ziemią. Jest tam zimno, dlatego ludzie przechowują tam różne przetwory, zapasy, porwane kobiety i potwory. Tak, dokładnie, potwory też. Tak przynajmniej uczy nas horror z 1988 roku "Mieszkaniec podziemi". Opowiada on o grupie ludzi, którzy spędzają weekend w pewnym starym domu. Jego właściciel, którym był rysownikiem komiksów, zginął w tajemniczych okolicznościach wiele lat wcześniej. Jak się szybko okazuje, jeden ze stworzonych przez niego stworów ożył, wyszedł z obrazka i zaczął mordować. Czym był ów stwór? Ciężko powiedzieć. Była to jakaś mieszanka małpy z wilkołakiem. Ogólnie można go chyba nazwać demonem. Najciekawszym aspektem jego egzystencji jest na pewno sposób powołania do życia monstrum, poprzez komiksową rzeczywistość. Można zatem horror nazwać straszniejszą wersją "Zaczarowanego ołówka". Zawsze jak oglądałem tę bajkę, zastanawiałem się, jakby to było mieć taki gadżet i moc tworzyć wszystko. Jest to prawie że boska moc. Daje ogromne możliwości. Jakbym miał taki ołówek to bym w pierwszej kolejności narysował chyba kobietę. To jednak tylko bajki, bo nie ma fizycznej opcji ożywiania malunków. Możemy zatem spać spokojnie, bo żaden komiksowy demon nam nie zagraża.

wtorek, 16 grudnia 2025

3 fajne filmy z... - Holandia

Holandia nie istnieje. Tak naprawdę państwo to nazywa się Niderlandy. Mniejsza jednak o szczegóły. Wszyscy wiemy, o kogo chodzi. Mam tu na myśli ten nizinny kraj w zachodniej Europie, który kiedyś przestanie istnieć, gdy całkiem zaleje go woda. Jak się okazuje, w Holandii także kręci się filmy. Nie lądują one może u nas tak często, ale od czasu do czasu jakiś się trafi. Niejednokrotnie są to dzieła obrazoburcze, zwłaszcza z punktu widzenia bogobojnego Lechity. I taki w moim zestawieniu też się znajdzie. W sumie to wszystkie będą zawierać takie elementy. Niegdyś za główny towar eksportowy holenderskiego kina uchodził Paul Verhoeven. W zasadzie to do dziś jego wczesne filmy mogą służyć za przykład kinematografii z Niderlandów. Jednym z najbardziej znanych jego filmów były "Tureckie owoce". Kolejnym słynnym Holendrem w kinie był niewątpliwie Rutger Hauer. Ścieżki zawodowe obu panów wielokrotnie się przecinały. W moim zestawieniu brakuje jednak owej konfiguracji. Są za to inne ciekawe propozycje.



Są różne fobie na świecie. Część ludzi np. nie lubi jeździć windą. I w sumie nie dziwię im się. To takie nieraz podstępne urządzenia, po których nie wiadomo czego się spodziewać. Są na ogół ciasne i nie ma z nich ucieczki w razie jakichś komplikacji. Nic zatem dziwnego, że jacyś filmowcy wpadli na pomysł, by uczynić z nich narzędzie terroru. Dokładnie to holenderscy. To oni są właśnie odpowiedzialni za powstanie filmu "De lift" z 1983 roku. "De lift" jak można się domyślić to właśnie winda po polsku. Produkcja opowiada o pewnym nowoczesnym ustrojstwie tego typu w jednym biurowcu. Widna zaczyna się niby psuć, co stanowi zagrożenie dla ludzi. Dochodzi w końcu śmiertelnego wypadku. Sprawę ma rozwikłać przysłany przez producenta mechanik. Okazuje się, że śmierć nie była zwykłym przypadkiem. Film ma fajny klimat rodem z lat 80. Łączy w sobie elementy dreszczowca, horroru i kina detektywistycznego. Ma też całkiem niezłe efekty gore i ciekawy zamysł, który ma sporo wspólnego ze sztuczną inteligencją. Można go polecić wszystkim fanom obskurnych, europejskich dzieł grozy.

"Czwarty człowiek" to bodaj najbardziej rozpoznawalny film w moim zestawieniu. Nie przypadkiem jego reżyserem był sam Paul Verhoeven. Nakręcił go jeszcze, gdy był znany głównie u siebie, dlatego może też obraz posiada silny europejski sznyt. Ja pamiętam go z dzieciństwa z pewnej drastycznej sceny, która utkwiła mi mocno w pamięci. Film od początku wprowadza jakiś taki dziwny stan niepokoju i atmosferę dziwności na ekran. Wystarczy powiedzieć, że główny bohater jest nieokreślony seksualnie i zaczepia ludzi w kiosku, potem sam staje się obiektem awansów pewnej tajemniczej i niebezpiecznej kobiety. Całość rozwija się w coraz to bardziej pokręconą historię o ludzkich głęboko skrywanych pragnieniach oraz żądzach. Jest to na pewno interesująca i warta polecenia pozycja także ze względu na unikalne kadry, jakimi operuje.

Ostatnią pozycję trudno nazwać, wbrew tytułowi serii fajną. Jest to na pewno dobry i warty uwagi film, który porusza jednak trudne i kontrowersyjne tematy. Chodzi tu konkretnie o film "Kiedy stopi się lód". Akcja przenosi nas w przeszłość do pewnego lata. Bohaterka Eva spędza czas głównie z dwoma kolegami, którzy mimo młodego wieku, głównie interesują się płcią przeciwną. Nie są jednak zainteresowani koleżanką, ponieważ nie uważają jej za atrakcyjną. Sytuację komplikuje pojawienie się urodziwej dziewczyny, która zaczyna mieć zły wpływ na relacje trójki przyjaciół. W wyniku szeregu niefortunnych zdarzeń dochodzi do drastycznej eskalacji, a jej ofiarą pada Eva. Film może być dla wielu szokujący, ponieważ konfrontuje typowo dorosłe zachowania ze światem dziecięcym. Ma to jednak swój cel. Pokazuje, że nawet młode osoby są zdolne do okrucieństwa, a ofiara zawsze będzie miała pod górę, będąc uciszania i pozbawiona zrozumienia także pośród bliskich.

wtorek, 9 grudnia 2025

Potwór XXVII - M3GAN

Sztuczni ludzie to jeden z odwiecznych motywów kina science fiction. Mam tu na myśli wszelkie roboty, cyborgi i androidy. Zwłaszcza w naszych czasach trend ten nabiera na sile oraz nowego znaczenia. Ma to związek z technologią sztucznej inteligencji. Już teraz jest to prawie pewne, za niedługo roboty staną się zwykłą częścią naszej rzeczywistości. Będą nam usługiwać w domu i nie tylko. Część z nich zostanie zapewne pracownikami seksualnymi. Na razie to może tylko fikcja, ale to kwestia raczej kiedy, a nie czy. Jednym z ostatnich przykładów zastosowania takiego wątku w kinie jest seria M3GAN. Najpierw była M3GAN, a potem M3GAN 2.0 dwa, ale mnie interesuje zwłaszcza ta pierwsza wersja, ponieważ była bardziej oryginalna, świeższa i po prostu ciekawsza. M3GAN to taki robocik imitujący małą dziewczynkę. Stworzona została jako towarzysz dla ludzkiej, zwykłej dziewczynki. Oczywiście jednak coś jej musiało siąść na mózg i zaczęła świrować, mordując tych, których postrzegała jako zagrożenie. Mimo to chętnie wszedłbym w interakcję z takim robotem i z nim pogawędził. Nawet jeśli istniałoby ryzyko, że coś mi zrobi. Myślę, że powoli możemy się przyzwyczajać do tego, że za kilkadziesiąt lat nie będzie można odróżnić, kto z przechodniów na ulicy jest człowiekiem, a kto nie. Dzieła sci-fi nieraz przepowiadały przyszłość i najprawdopodobniej tak też będzie w tym przypadku.

wtorek, 2 grudnia 2025

Potwór XXVI - Wurdalak

Wurdalak to taki Ruski wampir, który żywi się krwią swoich bliskich, by ostatecznie przemienić ich wszystkich w potwory takie jak on. Historię pewnej rodziny, która zmaga się z tego typu problemem, ukazuje francuska produkcja o tytule nomen omen "Vourdalak". Opowiada o zagubionym w lesie francuskim arystokracie, który trafia do domu rodziny niejakiego Gorczy. Jest on starym dziadem i mieszka z dziećmi, z których większość jest dorosła. Akurat, gdy pojawia się markiz, głowa rodu znika, pozostawiając wiadomość, że jeśli za 6 dni wróci, to będzie wurdalakiem i ich zje. Jak ostrzega, tak się staje. Wraca jako wysuszony potwór, a jego pierwszą ofiarą pada najmłodszy członek familii. Wurdalak to taki domowy wampir, rodzinny można rzec, którego trzyma się na pięterku i można w każdej chwili użyć. Gorzej, że on też może nas użyć. Jego potencjał horrorowy polega na tym, że działa incognito i nawet jak ewidentnie widać, że coś z nim jest nie tak, to trudno tak po prostu przebić mu serce kołkiem. To są właśnie zalety sędziwego wieku. Wszyscy traktują cię jak świętą krowę i nie są chętni do spalenia cię. Tylko przedstawiciel elit jest do tego zdolny. Na uwagę zasługuje na pewno sposób wykonania krwiożercy w filmie, który jest w istocie lalką. Jest tak zwanym suchotnikiem i ma kościste palce, lecz przy tym bardzo młody i szarmancki głos. Czyli tak jak powinno być. Nie należy mu jednak wierzyć, ponieważ w głowie mu tylko manipulacja, której celem jest eksploatowanie całej rodziny.

wtorek, 25 listopada 2025

Filmy na każdą okazję - Dzień bez Futra

Idzie zima, warto zatem zaopatrzyć się w coś ciepłego do noszenia. Jednym z lepszych okryć od lat jest bez wątpienia zwierzęce futro. Ludzie prawie od zawsze pożyczali sobie to odzienie od zwierząt, by było im ciepło. Obecnie noszenie futra jest passé i to z resztą całkiem słusznie. Prawdziwe futro i sposoby jego pozyskiwania są złe i niemoralne. Dlatego też powstało oficjalne święto zachęcające do nienoszenia futra, które obchodzimy 25 listopada. Co jednak gdy ktoś jest skazany na futro? Futro, które otrzymał poniekąd wbrew własnej woli. Choroba ta nosi nazwę hipertrichozy i polega na tym, że człowiek jest wszędzie owłosiony, także na twarzy. Ponoć popularna jest głównie w Meksyku, ale nie tylko. Także w Stanach zdarzają się takie przypadki. O jednym z nich opowiada film "Futro: portret wyobrażony Diane Arbus" z 2006 roku. Jego bohaterką jest znana fotografka Diane Arbus (Nicole Kidman), która w centrum swoich prac usytuowała ludzi wykluczonych przez różne nietypowe schorzenia i choroby. Tak się złożyło, że jej sąsiadem jest Robert Downey Jr, człowiek cierpiący na syndrom wilkołaka. Kobieta powoli zdobywa jego zaufanie, co staje się początkiem ich bliskiej, czy nawet intymnej relacji. Film stanowi połączenie dzieła o charakterze romantycznym z dramatem obyczajowym. Opowiada o inności i o sposobach radzenia sobie z nią w trudnych czasach kiedy każde odstępstwo od normy traktowane było jako dziwactwo. Mimo upływu lat i pozornych zmian, jakie nadeszły nadal żyjemy w ułudzie, a bohaterami popkultury są piękni i młodzi ludzie bez skazy. Czekam z niecierpliwością na pierwszy poważny romans, w którym główne role zagrają tak obecnie zwane osoby niskorosłe, czyli po staremu karły.



wtorek, 18 listopada 2025

Filmy na każdą okazję - Światowy Dzień Toalet

Przeciętny człowiek spędza w toalecie około 80 procent swojego życia. To, co się tam wyprawia, zależy od człowieka. Mężczyźni np. traktują kible, jako odskocznię od rzeczywistości, swoistą ucieczkę do świątyni dumania. Ucieczkę przed kim można spytać? Ano przed kobietami, które tylko tam dają im święty spokój i nie zwracają głowy swoimi sprawami. Co kobiety robią w WC, tego nie wiem. W każdym razie toalety są potrzebne. Dlatego też dostały nawet swoje własne święto które obchodzone jest 19 listopada. Toalety jak wspomniałem, są ważne, ale równie ważne jest dbanie o nie. O to, żeby były zadbane i ciągle zdatne do użytku, zwłaszcza te publiczne, zwane niegdyś pieszczotliwie szaletami miejskimi. Nie ma lepszego przykładu w kinie, który by o tym opowiadał, niż dzieło Wima Wendersa z 2023 roku pod tytułem "Perfect Days". Jego akcja rozgrywa się w dalekiej Japonii, gdzie śledzimy losy pewnego czyściciela publicznych kibli. Jego życie jest spokojne i poukładane. Z tego, co możemy wywnioskować, obrał on tę drogę świadomie i jest z tego powodu szczęśliwy. Daje mu on spełnienie oraz zadowolenie. A wszystko to robi w rytm starych przebojów. Film jest tym z typu chwalących prostatę i proste życie. Skupia się na celebracji chwili oraz pochwale skromności i pokory. Uczy o tym, że warto docenić, to co się ma, zamiast gonić za nieokreślonymi marzeniami. Czyli o tym wszystkim, o czym nie mam pojęcia.

wtorek, 21 października 2025

Potwór XXV - Hector

Czasami człowiek, a konkretnie mężczyzna musi, inaczej się udusi. Są takie chwile w życiu, że jakaś kobieta zawróci nam w głowie. Wtedy ciągle o niej myślimy, kombinując jak być z nią. Nawet jeśli ma ona już partnera, to nas nie powstrzymuje od snucia planów, jak się go pozbyć i jak mieć ją tylko dla siebie. Nawet jeśli miałoby to się wiązać z użyciem przemocy, czy przejściem na ciemną stronę. To jest iście potworne zachowanie. W pełni zasługuje na znalezienie się w moim zestawieniu. Sytuację taką ukazuje brytyjski film sci-fi "Saturn 3". W nim to mamy pewną parkę na stacji kosmicznej w postaci Farah Fawcett i wiekowego Kirka Douglasa. Pewnego razu odwiedza ich Harvey Keitel, któremu szybko wpada w oko Farah. Postanawia ją zdobyć, ale nie tak po prostu, lecz przy pomocy specjalne skonstruowanego przez siebie robota nazywanego Hector. Ta maszkara jest bezduszna i w ogóle przerażająca. Co gorsza, Harveyowi udaje się wgrać swoją osobowość do maszyny i się z nią połączyć, dzięki czemu staje się ona jeszcze bardziej niebezpieczna. Mamy tutaj zatem do czynienia nie tylko z wątkiem złego robota, ale także transhumanizmu. Co dodaje całości tylko intrygującego sznytu. Hector po fuzji z Harveyem staje się niegrzeczny. Można by powiedzieć zły robot, parafrazując słowa właścicieli psów. Łącząc się z ludzkim umysłem, maszyna zyskuje duszę. Wiąże się to zarazem z nową umiejętnością, a mianowicie grzeszeniem. Czyż nie pożąda on bowiem żony brata swego? Jasne, że tak. Czyni go to więc podwójnym, a nawet potrójnym grzesznikiem. Winny jest także przewinieniu cudzołóstwa oraz chęci mordu. Czy tak będzie wyglądał za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat transhumanizm? Czy wraz z nowymi ciałami pozbędziemy się starych żądz? Czas pokaże.

wtorek, 14 października 2025

Filmy na każdą okazję - Święto Drzewa

Hamadriady to postacie występujące w mitologii greckiej. Były to istoty nimfopodobne, których cechą charakterystyczną było to, że pełniły funkcje opiekunek drzew. Razem z nimi się rodziły i razem umierały, będąc nierozerwalnie związane z tymi przedstawicielami flory. Świat kina rzadko sięgał po owe mity, ale i w nim uda się znaleźć jakiś odpowiednik. Na pierwszą myśl przychodzi tu amerykański horror z 1990 "Strażnik" w reżyserii Williama Friedkina. A że 10 października obchodzone było w Polsce Święto Drzewa, to jest to dobra okazja, by wspomnieć to dzieło. Dotyczy ono drzew i ogólnie destrukcyjnych sił natury. To im właśnie oddaje hołd pewna niania w przebraniu, która krąży po okolicy i szuka rodzin z niemowlakami. Ma niecny plan. Zatrudnia się jako opiekunka do dzieci, szybko zdobywając sobie zaufanie i przychylność rodziców. Staje się niejako kolejnym członkiem familii. Takim na doczepkę, trzecim kołem u wozu. Tak jest też w przypadku państwa Sterling, którzy właśnie sprowadzili się do Los Angeles. Urodziło im się dziecko i postanowili zatrudnić nianię, żeby samemu nie musieć się nim zajmować. Wybór pada na nieco tajemniczą, ale też i ponętną Camillę z Anglii. Kobieta bardzo angażuje się w opiekę nad małym Jake'em. Do tego stopnia, że nawet bierze z nim kąpiele na golasa, perfidnie frustrując przy tym pana Sterlinga. Jak się jednak okazuje wszystko to tylko pozory. Camilla jest w istocie leśną nimfą, która chce złożyć syna swoich pracodawców w ofierze jakiemuś drzewu. Ma takie jedno upatrzone, niedaleko w krzakach. Chadza tam nocami i się pod nim wyleguje nago. Ono w zamian zapewnia jej ochronę także przy pomocy małej watahy wilków. Film nie spotkał się z pozytywnym odzewem zarówno krytyków, jak i widowni. Jest uważany za jedno z mniej udanych dzieł Friedkina, być może przez jakąś taką dziwną, momentami niezręczną atmosferę. Część scen, które miały straszyć lub po prostu robić wrażenie, jest trochę krindżowych i może budzić śmiech, ale mimo to mnie ten cały bałagan jakoś spasował. Być może to kwestia nietypowego antagonisty i jej motywacji w postaci przyrodniczego kultu albo spodobała mi się wymalowana na zielono Jenny Seagrove. Coś mnie, tak czy owak, w tym obrazie urzekło, podobnie jak w paru innych mniej cenionych produkcjach reżysera. Ważne jest to, że udało mu się stworzyć na ekranie jakiś trudny do określenia, baśniowy wręcz, klimat. "Strażnik" może także budzić skojarzenia z żywym folklorem, którym się nomen omen żywo interesuję, więc to także mogło wpłynąć na moją ocenę. Ogólnie dziwię się rodzicom, którzy oddają ot tak swoje dzieci w ręce bądź co bądź obcych ludzi. Nie wiadomo przecież nigdy, na kogo można trafić. Tak robią jednak chyba tylko jacyś bogacze, którzy bardziej skupieni są na robieniu kariery niż na wychowaniu własnych dzieci. Film może służyć zatem jako przestroga przed tym, by nie ufać atrakcyjnym Angielkom, ponieważ jest szansa, iż są one w rzeczywistości postaciami z greckiej mitologii.

wtorek, 7 października 2025

Filmy na każdą okazję - Światowy Dzień Zwierząt

4 października obchodzone bywa szczególne święto, a mianowicie dzień zwierząt. To wtedy stworzenia wszelkiej maści zbierają się w kupę i idą na ludzi. Robią to w ramach zemsty za ludzkie przewiny. Nie, no naprawdę tak nie jest, bo zwierzęta nie mają takiej świadomości. Aż strach pomyśleć co by było, gdyby miały. Gdyby wiedziały, co się dzieje na około. I jak systematycznie są niszczone przez ród człowieczy. Wtedy zapewne dostałaby depresji albo wznieciłby jakąś rewolucję przeciw nam. Co gorsza, powstałyby zwierzęce ruchy społeczne typu Me Moo albo Animal Lives Matter. Przedstawiciele fauny ruszyliby na miasto, zaczęli protestować, niszczyć i plądrować witryny sklepowe. Część z nich np. dziki już to praktykuje, ale z innych pobudek. Fantazje tego typu są nierealne, ale świat kina próbował już niejeden raz ukazać, jak mogłoby to wyglądać. Zwłaszcza lata 70. to okres, w którym królował nurt animal attack, czyli filmów o atakach zwierząt na ludzi. Na ogół dany film był poświęcony jednemu gatunkowi. Istnieje jednak film, w którym wszystkie stworzenia postanowiły nas zaatakować. Jest nim "Day of the Animals" z 1977 roku. W nim to pod wpływem kosmicznego promieniowania zwierzęta zaczęły rzucać się na biwakowiczów. Ostatecznie wszystkie pomarły z jakiegoś powodu, ale wcześniej, co się pozabijały to ich. Film jest dosyć nudny, mało krwawy, ale można go docenić za prace ze zwierzakami i sceny z ich udziałem. No i przede wszystkim w pamięci pozostaje półnagi Leslie Nielsen jako przemocowiec i gwałciciel, który walczy na gołe klaty z niedźwiedziem.

poniedziałek, 29 września 2025

Filmy na każdą okazję - Międzynarodowy Dzień Pokoju

Pokój na świecie. O tym wszyscy od lat marzą, w wielu dziełach popkultury. Jest on stawiany na piedestale, jako najdoskonalsza forma dobra. To do niego powinniśmy wspólnymi siłami dążyć na czele z super bohaterami. Za niego ludzie walczyli i ginęli. Dnia 21 września obchodzimy światowy dzień pokoju i warto sobie przy tej okazji uświadomić, jak wielką jest on ściemą. To znaczy ten pokój. Bo tak naprawdę nikomu na nim nie zależy i nie jest on na rękę grupom trzymającym władzę. Jest to ciężki temat dlatego trudno sobie strzępić na niego ryja. Ja proponuję potraktować temat dosłownie, a mianowicie polecić film o prawdziwym pokoju. Czyli pomieszczeniu w domu. W takim właśnie pokoju przetrzymywana była bohaterka obrazu "Pokój" z 2015 roku. Jak nakazuje stara amerykańska tradycja, została ona porwana za młodu i więziona do czasu uzyskania dorosłości. Po drodze zaszła ze swym kidnaperem w ciążę. Po latach wykorzystała ten fakt do ucieczki. To właśnie Bogu ducha winny synek był stanie wymknąć się spod kontroli oprawcy i wezwać pomoc. "Pokój" to dzieło doprawdy poruszające. Budzi wiele emocji, ale przede wszystkim gniew na całą sytuację. Takie ograniczenie wolności to bowiem jedno z bardziej podłych przestępstw. Siła produkcji tkwi w prostocie. Nie ma tu zbytniego dramatyzowania, a jest quasi dokumentalny zapis sytuacji. Wydarzenia są ukazane w sposób płynny i jednocześnie trzymający w napięciu. Spore brawa należą się tutaj odtwórcy roli chłopca, który mimo bardzo młodego wieku wykazał się sporą naturalnością oraz autentycznością. Tytułowy "pokój" potrafi być prawdziwym więzieniem i co ciekawe często dzieje się tak na życzenie własne pewnych jednostek. Znam to poniekąd z autopsji. Osoby te boją się wychodzić na dwór, najchętniej siedziałyby w czterech ścianach, bo tylko tam czują się bezpiecznie. Więc człowieku nie skazuj się na izolację i jak to mawiał miś Uszatek, wyjdź do ludzi.

wtorek, 16 września 2025

Potwór XXIV - Il Mostro

Czas na nieco dosłowności. Bo i po co daleko szukać. Skoro zajmujemy się potworami, to czemu nie napisać o filmie, który zatytułowany jest po prostu "Potwór". Mam tu na myśli włoską produkcję z 1994 roku z Roberto Benignim w głównej roli. Roberto Benigni to znany zgrywus, który raz tylko w karierze został potraktowany poważnie. Popularność przyniosły mu jednak głównie komedie, operujące humorem tyleż niemądrym co skutecznym. Najlepszym tego przykładem jest właśnie "Il Mostro". Za tytułowego potwora przez pomyłkę wzięty właśnie zostaje bohater grany przez Włocha. Jest to niezwykle groźny, seksualny drapieżnik. Bohater o imieniu Loris jest całkowitą jego przeciwnością. Nie realizuje swoich fantazji. Ba, prawie nawet ich nie miewa. Film to zatem klasyczny przykład komedii pomyłek. Zawiera jedną z bardziej dla mnie pamiętnych sekwencji, która sprawiła, że głośno się śmiałem. Loris jest stale monitorowany i śledzony przez policję, a każda jego czynność jest błędnie interpretowana jako akty lubieżne. Obraz zawiera także wiele innych gagów, wiele z nich na granicy poprawności politycznej. Jest to jednak produkcja już leciwa, więc nie powinno to nikogo dziwić. Nie wiem, jak to było kiedyś, ale obecnie łatwo jest zostać posądzonym o bycie seksualnym drapieżnikiem. Wystarczy przejść się parkiem bez ubrania. Ta z pozoru niewinna czynność może zostać źle zinterpretowana i kłopot gotowy. Podobnie ma się rzecz z bohaterem "Potwora". Ten niegroźny pechowiec posądzony został o bycie natrętem i stalkerem, który wspina się po balkonach, by zaglądać kobietom pod spódnicę. Ponieważ robi to w sposób wielce zapalczywy, tym bardziej władze biorą go za niewyżytego zboczeńca. Owa neurotyczność typowa dla Benigniego dodaje właśnie postaci wiarygodności dewianta. Dlatego warto zawsze trzymać fason i zachować zimną krew w każdej sytuacji. Potwór z "Potwora" jest właściwie niegroźny. Jest zwykłym obywatelem, zjadaczem chleba, na którego po prostu uwzięła się władza. Można go więc postrzegać jako bohatera tragicznego. Jest to tak bardzo charakterystyczny dla europejskiej komedii motyw pechowca, któremu niewiele się udaje. Na szczęście jednak na koniec czeka na niego pozytywne zakończenie, co również jest ukłonem w stronę klasycznych komedii.

wtorek, 26 sierpnia 2025

Potwór XXIII - Brzydkie pisklątko

Ponoć Finowie to najszczęśliwszy naród na świecie. Tak wykazują badania. I to mimo tego, że zdarzają się tam też samobójstwa. To taki paradoks. Za potwierdzenie tezy o szczęściu posłużyć może pewien rodzinny vlog prowadzony przez matkę rodzicielkę. Vlog jest uroczy i przedstawia równie urocze życie familii. Oprócz matki-wariatki składają się na nią ojciec-pantofel, synek-skurwisynek oraz jedyna zdaje się normalna w tym towarzystwie córka, dwunastoletnia Tinja. Znajduje ona razu pewnego jajko, które zaczyna wysiadywać. Wkrótce wykluwa się z niego pisklę, które jest hybrydą ptaka i człowieka. Z czasem zaczyna ono ewoluować w coś, co niebezpiecznie przypomina samą Tinję. Tak pokrótce przedstawia się fabuła "Pisklęcia", fińskiego horroru z 2022 roku. Nie jest to jednak typowy straszak oparty na jump scare'ach. Jest to raczej psychologiczne studium rodzinnych kwasów i niewłaściwego wychowania, które skutkuje wielką traumą. Jest to też obraz o dojrzewaniu, specyficzny coming of age, w którym poddawana stresowi młoda osoba, odreagowuje zarówno przemocą, jak i autodestrukcją. Biedne dziecko przechodzi symboliczną metamorfozę, by uwolnić swoją brutalność, udowadniając matce, że życie składa się także z mrocznych momentów i porażek.

wtorek, 8 lipca 2025

Potwór XXII - Kurgan

Odwiecznym marzeniem człowieka jest bycie nieśmiertelnym. Przynajmniej części ludzi, bo nie każdy chyba by chciał żyć wiecznie. Ogólnie jednak się przyjęło, że to coś fajnego i warto wiele zrobić, by taki stan osiągnąć, nawet jeśli działania te są moralnie wątpliwe. Także wielu kinowych złoczyńców za swój cel obrało zdobycie nieśmiertelności, czy to poprzez zdobycie jakiegoś artefaktu, czy wykonanie rytuału. Jest jednak też i taki schwarzcharakter, który nie musiał nic robić, żeby nie umierać. Należał bowiem do rodu tak zwanych Nieśmiertelnych i zwał się Kurgan. Postać ta to główny przeciwnik Connora McLeoda, czyli głównego bohatera dzieła "Nieśmiertelny" z 1986 roku. Film ten stał się szybko hitem i do dzisiaj posiada liczną rzeszę fanów. Jest też jednym z ciekawszych dokonań dekady, jeśli idzie o kino spod znaku fantasy łamane przez przygodę. Jeśli dodamy do tego pamiętną ścieżkę dźwiękową grupy Queen, niezłe efekty specjalne oraz niesamowity klimat to otrzymamy zaprawdę dzieło zacne. Jego największą zaletą jest jednak aktorstwo. Bardzo dobrze dobrana obsada sprawia, że postacie są wyraziste i zapadają w pamięć. Jedną z nich jest właśnie Kurgan, w którego wcielił się Clancy Brown. Antagonista ów budził strach już samym wyglądem. Był duży i szeroki, a uzbrojony w długaśny miecz oraz pancerz ze zwierzęcych kości, sprawiał jeszcze bardziej imponujące wrażenie. Gdy dodamy do tego fakt, że był nieśmiertelny to mamy naprawdę godnego przeciwnika dla każdego. Tym bardziej że sam pozbawił życia wielu innych nieśmiertelnych, przejmując ich moc. Był zatem wielce niebezpiecznym i wzbogaconym o doświadczenia przeciwników wrogiem. Brak śmiertelności może mieć różny wpływ na ludzi. W McLeodzie wyzwalała skromność. U Kurgana za to sprawiała, że czuł się on jak Bóg. Jego buta objawiała się brakiem szacunku do zwykłych śmiertelników. Jest to dobrze widoczne w scenie, w której porywa oblubienicę bohatera i zabiera ją na przejażdżkę po chodnikach miasta, rozbijając przechodniów niczym kręgle. Jest to w pewien sposób imponujący brak odpowiedzialności i kusząca wizja całkowitego pozbawienia skrupułów. Kurgan, mimo że ostatecznie poległ, zapisał się na trwałe w poczet ekranowych villian'ów i do dzisiaj może być stawiany za wzór zwyrodnialstwa.

wtorek, 1 lipca 2025

TOP 10: filmy sensacyjne

Dawno temu doszedłem do wniosku, że nie jestem zwolennikiem tak zwanych filmów akcji. Uznałem, iż mnie nie zwyczajnie nie bawią i że są do siebie zbyt podobne. Składają się głównie ze scen pościgów strzelanin i bijatyk, a te elementy są w nadmiarze nieciekawe. Nie skreślam jednak tego gatunku całkowicie. Są wśród filmów sensacyjnych także prawdziwe arcydzieła, które również lubię oglądać. Dlatego też stworzyłem listę top 10 moim zdaniem najlepszych przedstawicieli kina akcji. W zestawieniu znalazły się dzieła różne i różniste, które łączą ze sobą sensację wraz z jakimś innym gatunkiem często niespokrewnionym z pozostałymi pozycjami na liście.


10. Życzenie śmierci (1974)

Ranking otwiera prawdziwie klasyczna pozycja. Jest to zarazem sztandarowy przykład kina zemsty, który zapoczątkował jedną z dłuższych i bardziej eksploatowanych serii w kinie spod znaku sensacji. "Życzenie śmierci" z 1974 roku, bo o nim mowa, opowiada o zwykłym zjadaczu chleba, który pod wpływem traumatycznych wydarzeń, rusza na ulice miasta po ciemku, by samemu wymierzać sprawiedliwość zbirom. Robi to przy pomocy gnata. Film stał się prawdziwym hitem dla ludzi, którzy zapewne identyfikowali się z bohaterem oraz dopingowali mu w jego misji. Pomijając dramatyczne i psychologiczne aspekty produkcji, to obraz daje po prostu sporo rozrywki. Możliwe, że ludzie czerpią satysfakcję z oglądania tego bezkompromisowego festiwalu przemocy wymierzonej w złych gości.


9. Robocop (1987)

Czas na kolejną kultową pozycję, która do dziś uważana jest za niedościgniony wzór. Chodzi tu o "RoboCopa" w reżyserii Paula Verhoevena. RoboCop to bardzo popularna postać, której sława obecnie może nieco przeminęła. Kiedyś jednak był to top topów. Nie powinno zatem dziwić, że upomniał się o niego także świat kina. Efekt okazał się więcej niż zadowalający, gdyż "RoboCop" nawet dziś robi wrażenie, oferując atrakcyjną rozrywkę. Nawet w konfrontacji ze swoim o wiele lat młodszym remakiem. Dla mnie "RoboCop" to zawsze była trochę smutna historia, a świat w nim przedstawiony wzbudzał jakieś takie przygnębienie. Najważniejsze jednak, że ostatecznie po całej masie wystrzelonych naboi i rozbitych szyb to nasz bohater wychodzi z wszelkich potyczek zwycięsko.


8. Brudny Harry (1971)

"Brudny Harry" to kolejny klasyczny wpis w rankingu i następny, który zapoczątkował prawdziwą filmową sagę, która ciągnęła się na przestrzeni kilku dekad. Harry Callahan zaś to bodajże jedna z najbardziej ikonicznych postaci kina z pogranicza kryminału, filmu policyjnego i sensacyjnego. To prawdziwa legenda ekranu tak samo jak broń, jaką się posługiwał. Co ciekawe fabuła filmu nie opiera się tylko na brutalnej akcji. Jest w niej miejsce na samo dochodzenie oraz kilka błyskotliwych dialogów, które ukazują naturę bohatera nawet bardziej, niż jego działania na ulicy. Podobnie jak w "Życzeniu śmierci" mamy tu do czynienia z bezkompromisowym traktowaniem przestępców, co mogło się spotkać z entuzjastycznym przyjęciem widowni. Mało się o tym wspomina, ale "Brudny Harry" to także swoisty hołd złożony wszystkim policjantom, zarówno tym poległym podczas pełnienia obowiązków, jak i tym nadal pełniącym służbę. Symboliczna jest tutaj ostatnia scena, w której Harry wyrzuca swoją odznakę, niejako w proteście przeciw niewdzięczności przełożonych oraz społeczeństwa, jaka go spotyka za codzienne narażanie własnego życia.


7. Bullitt (1968)

Słynny "Bullitt" to najstarsza pozycja na liście. Zalicza się jednocześnie do tych bardziej zacnych. Film nie jest może typowym dziełem sensacyjnym, można go także określić jako kryminał. Zawiera jednak chyba najsłynniejszą scenę pościgu samochodowego w historii i chociażby z tego powodu zasługuje na obecność wśród innych obrazów spod znaku akcji. Produkcja zasłużenie obrosła już legendą. Śmiało zaliczyć ją można do klasyki nie tylko gatunku, ale w ogóle kina. Zarówno oszczędna gra aktorska, w której to prym wiedzie Steve McQueen, jak i sceny strzelanin prezentują tu najwyższy poziom. Paradoksalnie nie ma tu ciągłej akcji, napięcie jest budowane powoli, ale to wpływa tylko pozytywnie na jakość obrazu. Inne dwie wielkie jego zalety to na pewno muzyka autorstwa Lalo Schifrina, z początkowym motywem, oraz praca kamery. "Bullitt" charakteryzuje się wielką dbałością o szczegóły w tym zakresie, a wiele ujęć to prawdziwe perełki, które budują jego nienaganny styl.


6. Gorączka (1995)

Reżyser Michael Mann znany jest ze swego nienagannego stylu i perfekcji. Nic zatem dziwnego, że także jego "Gorączka" spełnia te cechy. Nie przypadkiem jest ona nazywana jednym z najlepszych heist movies, zaliczając się do klasyki gatunku kina sensacyjnego. Składa się na to kilka czynników jak idealnie poprowadzona akcja, czy wyjątkowa gra aktorska. Robert De Niro i Al Pacino tworzą tu niezapomniany duet i jeden z najbardziej pamiętnych pojedynków ekranowych. Tym, co jednak przede wszystkim wyróżnia produkcję, są sceny akcji. Na pierwszy plan wysuwa się tu zdecydowanie sekwencja strzelaniny w samym centrum miasta. Słusznie jest ona uważana za perfekcyjną i jedna z najlepszych tego typu scen w historii. Twórcom udało się nakręcić ją bardzo realistycznie, a widz ma wrażenie, jakby był na miejscu i brał udział w tych ekscytujących wydarzeniach. Montaż jest przy tym bardzo dynamiczny, ale nie chaotyczny i chociażby tylko z tego powodu "Gorączka" zasługuje na znalezienie się w zestawieniu.


5. Rambo: Pierwsza krew (1982)

Ludzie najwidoczniej uwielbiają outsiderów i ich historie. Lubią patrzeć, jak jeden człowiek rzuca wyzwanie całemu światu i kibicują mu w jego walce. A nie ma chyba lepszego przykładu takiej sytuacji niż ta ukazana w dziele reżysera Teda Kotcheffa "Rambo: Pierwsza krew", który bardziej znany jest pod nazwą "Rambo". To właśnie opowieść o sponiewieranym weteranie wojny wietnamskiej zyskał wielką popularność oraz uznanie krytyków, stając się najważniejszą chyba serią gatunku. Chociaż części "Rambo" było wiele, ja chciałbym się skupić właśnie na tej oryginalnej. Jest ona bowiem jakby najmniej nastawiona na czystą akcję i absurdalne wyczyny bohatera. Nacisk jest za to położony na mentalne podłoże całej awantury. "Pierwsza krew" to w porywach smutny traktat o psychicznej kondycji jednostki, jak i całego kraju w powojennej scenerii.


4. Szklana pułapka (1988)

"Szklana pułapka" to bez wątpienia prawdziwy klasyk gatunku kina akcji i jednocześnie jeden z lepszych filmów świątecznych. Powtarza się tu schemat, w którym jeden bohater walczy z całym zastępem złoczyńców. Są nimi źli terroryści, którym przewodzi charyzmatyczny Alan Rickman. W rolę hożego stróża prawa wciela się oczywiście Bruce Willis. Idealnym posunięciem twórców był tutaj wybór miejsca akcji, którym stał się przeszklony drapacz chmur. Stąd też polska nazwa filmu  wymyślona przez ludzi, którzy nie przewidzieli powstania kolejnych części. Film jest przemyślnie skonstruowany, oferując prawie nieustającą, kozacką akcję na najwyższym poziomie. Każda postać ma tutaj swoje pięć minut a one-linery bohatera weszły już dawno do kanonu filmowego. "Szklana pułapka" to kino sensacyjne pełną gębą, które jest nie do zdarcia niczym John McClane.


3. Predator (1987)

"Predator" kandyduje do miana dzieła perfekcyjnego. Oczywiście, jeśli o gatunek kina sensacyjnego idzie. Wszystkie elementy idealnie się tutaj zgrywają, tworząc niezapomniane doświadczenie. Sprawia to, że jest to film, który można oglądać wielokrotnie, mimo tego, że już zna się jego treść. Twórcom udało się stworzyć na ekranie niepowtarzalny klimat tajemnicy wymieszanej z wielką przygodą. Wątki science fiction stanowią idealny punkt wyjściowy dla scen akcji. One zaś stoją na najwyższym poziomie. Przeniesienie wybuchów i strzelanin do dżungli okazało się mistrzowskim pociągnięciem. Nie ma tu przy tym taniego efekciarstwa, a jedynie autentycznie wyglądająca, efektowna i napakowana testosteronem akcja, która zapisała się w historii kina jako niedościgniony wręcz wzór.


2. Obcy – decydujące starcie (1986)

Następna propozycja, wyszła spod ręki Jamesa Camerona. Lata 80. były dla niego łaskawe. Reżyser pokazał wszystkim, jak powinno się kręcić prawidłowe sequele. Wziął materiał źródłowy i całkowicie zmienił jego charakter. "Obcy" z psychologicznego horroru przerodził się w pełnokrwiste kino sensacji, które aż naładowane jest akcją. Udało mu się przy tym stworzyć pamiętne postacie. Chemia panującą między aktorami sprawia bardzo wiarygodne wrażenie i sprawia, że każdy bohater jest ważny i zapamiętany, nawet jeśli był na ekranie krótko. Sama fabuła napakowana jest zaś akcją na najwyższym poziomie. Film umiejętnie wprowadza widza w swój świat, by następnie wziąć go na przejażdżkę istnym rollercoasterem. Obraz trzyma w napięciu do ostatniej chwili, oferując kilka niespodziewanych twistów.


1. Terminator 2: Dzień sądu (1991)

Lata 80. to przełomowa dekada w karierze Arnolda Schwarzeneggera. To wtedy zyskał on największą sławę oraz uznanie. Rolą, która w znaczącym stopniu ugruntowała jego pozycję, był występ w "Terminatorze" reżyserowanym przez Jamesa Camerona w 1984. Już ten film zaliczany jest obecnie do klasyki gatunku. Jednak to druga część serii uznawana jest obecnie często za tę lepszą i bardziej przepełnioną efektowną akcją. I z pewnością tak jest. "Terminator 2" bo o nim mowa jest może mniej klimatyczny i mroczny, lecz nadrabia to zdecydowanie scenami niesamowitych pościgów oraz strzelanin. Walka kreowanego ponownie przez Arnolda T-800 z bezdusznym i klinicznie zabójczym rywalem, w którego z powodzeniem wcielił się Robert Patrick, to mimo upływu lat nadal wielka i trzymająca w napięciu przez cały seans frajda.

Potwór XXX - Człowiek

Żyję z pozoru w bezpiecznym miejscu. Czuję jednak ciągłe zagrożenie. Nadchodzi ono ze strony tych stworów, których wszędzie pełno. Nazywam j...