Amerykanie jak wiadomo, wiodą prym w biznesie filmowym. Można powiedzieć, że to oni go stworzyli, przynajmniej w takiej formie, jaką obecnie znamy. Zwłaszcza w ostatnich latach dominują oni rynek światowy, zalewając go często niezbyt udanymi produkcjami. Niestety i tak są one chętnie oglądane przez ludzi, zatem kasa się zgadza i nikt nic nie zmienia ani nie szuka nowych rozwiązań. Smutne jest to, że gdy spyta się kogoś z Azji, Europy, czy Afryki o ulubiony film wszyscy podają Gwiezdne Wojny albo coś z uniwersum Marvela, zapominając przy tym o własnej spuściźnie. Filmy z USA nie są bowiem takie fantastyczne, nawet te z Hollywood, które od dawna zjada swój ogon, prezentując bajki dla dorosłych. Na szczęście można znaleźć kilka ciekawszych pozycji w amerykańskiej kinematografii, które warto przytoczyć.
Szczęście to Święty Graal każdego człowieka. Prawie każdy chce go zaznać, najlepiej w dużych ilościach. Są tacy, głównie celebryci, którzy twierdzą, że są non stop szczęśliwi. Są to oczywiście oszołomy. Prawdziwe szczęście trwa bowiem krótko, to tylko chwile jak mówią słowa popularnej piosenki. Mit szczęścia przywędrował do nas z Ameryki. I tak jak większość rzeczy z tej dziwnej krainy krwią i spermą płynącej, jest to istny koń trojański. Model promowany przez Stany wmawia nam, że szczęście jest łatwe i – co więcej – można je nawet kupić za garść dularów. Tymczasem to tak nie działa. Co ciekawe sami Amerykanie domyślili się, że coś tu nie gra i rozgryźli ten złowieszczy plan. Filmem, który stanowi tego dowód, jest pochodząca z 1998 roku produkcja o tytule nomen omen "Happiness". Jest to film z serii "kilka różnych opowieści i postaci pozornie ze sobą niezwiązanych, które pokazywane są w kilku osobnych liniach narracyjnych". Nie będę się tu o każdej rozpisywał. Zaznaczę tylko, że podejmowane w obrazie tematy tyczą się ogólnie rozumianych relacji, czy to rodzinnych, czy damsko-męskich. Jest tu też miejsce na studium samotności, alienacji, desperacji czy nawet dewiacji. To właśnie ten ostatni element najbardziej zapada w pamięć, będąc prawdziwym wyzwaniem dla niedzielnego widza. Zagadnienie zaburzeń seksualnych jest tu ukazane w zaskakująco wyważony, spokojny, metodyczny sposób. Nie jest nacechowany emocjami, czy też przemocą. Zagadnienie jest ukazane w sposób mało spektakularny, wręcz nudną, ale w tym tkwi jego siła. Chociaż tego nie chcemy, takie sytuacje mają miejsce i są częścią zwykłego życia dla niejednego człowieka. Tytułowe szczęście, a właściwie pogoń za nim prowadzi do czegoś zupełnie odwrotnego, czyli nieszczęścia. I o tym właśnie jest w istocie ten film.
Niepodległe Stany przeżyły jedną wojnę na swoim terenie, a mianowicie wojnę sensacyjną. I podobnie jak o każdej wojnie, w jakiej brali udział, tak samo o tej, Amerykanie uwielbiają kręcić filmy. Konflikty zbrojne oraz ich cała otoczka to bowiem bardzo atrakcyjny temat dla filmowców. Jedną z mniej znanych pozycji w tym nurcie jest obraz o tytule "Andersonville" z 1996 roku w reżyserii samego Johna Frankenheimera. Ta telewizyjna produkcja oparta jest na prawdziwych zdarzeniach i opowiada o pewnym obozie jenieckim dla żołnierzy Północy kierowanym przez szwajcarskiego naczelnika Henry'ego Wirza, który jakoś zapodział się w Ameryce podczas rzeczonego konfliktu. Film ukazuje obozowe życie od podszewki. Warunki tam panujące nie należały do lekkich. Osadzeni nie mieli nawet własnych baraków, a nocowali pod namiotami. A było ich tam jak mrowków. Szybko zaczęło dochodzić w tym miejscu do aktów patologii. Powstał oto pewien gang, który bił i okradał innych osadzonych, zwłaszcza nowo przybyłych. Działo się to na oczach wszystkich pozostałych, lecz bez ich reakcji. Do czasu. W końcu znalazło się paru odważnych, którzy porwali całą resztę do walki przeciw oprychom. Udało się ich pokonać, osądzić, a przywódców stracić. Film w dobitny sposób pokazuje, jak bierność na zło może prowadzić do jego rozrostu. Takie same mechanizmy kierują też naszym codziennym, społecznym życiem. Tam, gdzie brak cywilnej odwagi, jedności oraz akceptacja dla wynaturzeń, panoszy się patologia. A wystarczy chociaż jeden głos sprzeciwu, by ją powstrzymać.
Innym ulubionym tematem amerykańskich filmów obok wojen są seryjni mordercy. Mają oni często za oceanem status gwiazd, a ich losy są romantyzowane przez liczne produkcje kinowe i telewizyjne. Jedną z nich jest "Pieśń kata" z 1982 roku, której bohaterem jest Gary Gilmore. Postać ta to jeden ze słynniejszych zabójców w historii i oprócz filmów doczekał się też piosenek o sobie. Został on jako młody człowiek osadzony w zakładzie karnym, gdzie jak nietrudno się domyślić, stał się ofiarą przemocy, by potem sam stać się katem dla innych. Gdy w końcu go wypuszczono, był jak zdziczałe zwierzę. Efektem tego były napady rabunkowe, podczas których zastrzelił dwie osoby. Szybko go złapano i osadzono. Film ukazuje nam losy Gilmore'a podczas tego krótkiego okresu wolności. W postać tę świetnie wcielił się relatywnie jeszcze młody Tommy Lee Jones. Zagrał bardzo wiarygodnie, z typową dla siebie, charyzmą. Na ekranie partneruje mu Rosanna Arquette. Gra ona zapoznaną dziewczynę i jedyną osobę, z którą Gary mógł szczerze porozmawiać. Obraz reżysera Lawrence'a Schillera stanowi kliniczne wręcz studium człowieka stworzonego przez bezduszny system. I chociaż na pewno nie można zaprzeczyć zbrodniom, jakie popełnił, to jednak twórcom udało się sprawić, że widz może jakoś przejąć się jego losem, widząc w nim kolejną ofiarę instytucji i bohatera tragicznego.

























