wtorek, 28 kwietnia 2026

3 fajne filmy z... - Polska

Chociaż pierwotnie seria miała nie obejmować polskich produkcji, to postanowiłem zmienić zasady w trakcie gry. Ponieważ to moja gra to mogę to zrobić. Poniżej zatem 3 propozycje produkcji polskich, które uważam za warte uwagi. Trudno było je wybrać, bo polskich filmów widziałem od groma, ale postanowiłem się ukierunkować na specyficzne obrazy. A mianowicie takie średniometrażowe, czyli nieco dłuższe, niż krótki metraż, ale nadal poniżej godziny. Kiedyś sporo ich było kręconych, często przez telewizję. Obecnie rzadko się to zdarza. Jak się więc można domyślić, moje wybory zaliczają się do tych starszych, co w sumie nie powinno dziwić, gdyż polskie stare kino cenię sobie dość wysoko.


Na pierwszy ogień idzie pozycja z 1981 roku o tajemniczym tytule "Wahadełko" w reżyserii Filipa Bajona. Bohaterem filmu jest mężczyzna, który dnie spędza w łóżku. Jest obłożnie chory na różne zaburzenia natury psychicznej. Mieszka wraz z matką, którą oskarża o swoje kłopoty oraz siostrą, która się nim opiekuje. Jest zgryźliwy i często niemiły dla siostry, odznaczającej się niebywałą cierpliwością. Obraz można nazwać jednym z pierwszych tak jawnych przedstawień depresji w polskim kinie. Jest to dzieło tragikomiczne. Niewesoła sytuacja całej rodziny jest tutaj bowiem poprzetykana wątkami humorystycznymi. Są one poniekąd niezamierzone przez bohaterów, ale ich próby radzenia sobie z rzeczywistością są nieraz absurdalne. Najlepszym tego przykładem jest scena z przedstawicielką partii, której rodzeństwo wmawia, że ich mama nie żyje, podczas gdy jest ona tuż za oknem, pracując w ogródku. "Wahadełko" to w dużej mierze popis grającego główna rolę Janusza Gajosa, który znajdował się wówczas u szczytu swych możliwości. Film jest przejmującym obrazem marazmu i ludzkiego zagubienia, ale też poświęcenia. Przy okazji obnaża ułudę ślepego podążania za ideologią, niszczącą rodzinne więzy.

Podobną krytykę systemu zawiera kolejna propozycja, a więc mało znany obraz "Co to konia obchodzi?" z 1987 roku. Przedstawia on końcową fazę PRL, ale jego przesłanie jest uniwersalne. Oto grupa robotników transportuje przez całą Polskę transformator. Jadą z Przemyśla do Szczecina, a więc jest to najdłuższa możliwa trasa samochodowa. Po drodze przeżywają różne perypetie, łącznie z przekopywaniem drogi. W końcu natrafiają na jadący z przeciwka identyczny transport, który wiezie taki sam transformator w odwrotnym kierunku. Film posiada bardzo swojski klimat i naturalne dialogi wypowiadane przez grupę utalentowanych aktorów z Boguszem Bilewskim i Kazimierzem Kaczorem na czele. Jest nawet Jerzy z "Klanu", który udaje z powodzeniem Ślązaka. Dzieło reżyserki Grażyny Popowicz ukazuje w ten namacalny sposób chaos panujący w schyłkowym okresie systemu, gdzie decyzje kierownicze są bez sensu, a pracownicy ponoszą ich konsekwencje. Mimo upływu lat nadal można się spotkać z podobnymi przypadkami. Managerowie na całym świecie łączą się w swojej głupocie i braku wyobraźni, udowadniając, że nie dostali awansu za umiejętności i że nie wiedzą, na czym polega praca, którą nadzorują. A jedynym wyjściem w tej sytuacji jest, podobnie jak w filmie, rzucić to wszystko w cholerę.

Na koniec coś lżejszego i przy okazji najstarszego na liście, czyli klasyczna w pewnym sensie komedia z Adolfem Dymszą pod tytułem "Sportowiec mimo woli" z 1939 roku. Piszę w pewnym sensie, bo może nie każdemu jest ona znana. Dla mnie zalicza się do przedwojennej klasyki, ale dla młodszego widza może stanowić zagadkę. Dymsza gra tu fryzjera Czwartka, który pomylony zostaje z hokeistą Piątkiem. I tyle w sumie wystarczy, jeśli idzie o fabułę. Nie jest to skomplikowana intryga i polega na zwykłej zamianie miejsc, lecz jest to wykonane w tak mistrzowski sposób, iż jest to więcej niż wystarczające. Film z resztą zawiera też inne stałe sprawdzone motywy starszych komedii jak przebranie faceta za kobietę. Jest też oczywiście miejsce na odrobinę romansu i humoru sytuacyjnego. Wisienką na torcie jest zaś kulminacyjna scena meczu, w której popis atletyczno-aktorski daje wspomniany Dymsza. Sekwencja ta pozostaje dla mnie prawdziwą perełką komedii przedwojennej i ogólnie polskiej. Na ekranie popularnemu Dodkowi partnerują urokliwi Aleksander Żabczyński oraz Ina Benita, jak i starzy wyjadacze Orwid i Sempoliński. "Sportowiec mimo woli" to film, który dobrze się zestarzał, ale i tak ciekawy jestem, jakby wypadł jakiś współczesny remake tego filmu. Oczywiście zrobiony przez kogoś z głową na karku.

wtorek, 21 kwietnia 2026

3 fajne filmy z... - USA

Amerykanie jak wiadomo, wiodą prym w biznesie filmowym. Można powiedzieć, że to oni go stworzyli, przynajmniej w takiej formie, jaką obecnie znamy. Zwłaszcza w ostatnich latach dominują oni rynek światowy, zalewając go często niezbyt udanymi produkcjami. Niestety i tak są one chętnie oglądane przez ludzi, zatem kasa się zgadza i nikt nic nie zmienia ani nie szuka nowych rozwiązań. Smutne jest to, że gdy spyta się kogoś z Azji, Europy, czy Afryki o ulubiony film wszyscy podają Gwiezdne Wojny albo coś z uniwersum Marvela, zapominając przy tym o własnej spuściźnie. Filmy z USA nie są bowiem takie fantastyczne, nawet te z Hollywood, które od dawna zjada swój ogon, prezentując bajki dla dorosłych. Na szczęście można znaleźć kilka ciekawszych pozycji w amerykańskiej kinematografii, które warto przytoczyć.


Szczęście to Święty Graal każdego człowieka. Prawie każdy chce go zaznać, najlepiej w dużych ilościach. Są tacy, głównie celebryci, którzy twierdzą, że są non stop szczęśliwi. Są to oczywiście oszołomy. Prawdziwe szczęście trwa bowiem krótko, to tylko chwile jak mówią słowa popularnej piosenki. Mit szczęścia przywędrował do nas z Ameryki. I tak jak większość rzeczy z tej dziwnej krainy krwią i spermą płynącej, jest to istny koń trojański. Model promowany przez Stany wmawia nam, że szczęście jest łatwe i – co więcej – można je nawet kupić za garść dularów. Tymczasem to tak nie działa. Co ciekawe sami Amerykanie domyślili się, że coś tu nie gra i rozgryźli ten złowieszczy plan. Filmem, który stanowi tego dowód, jest pochodząca z 1998 roku produkcja o tytule nomen omen "Happiness". Jest to film z serii "kilka różnych opowieści i postaci pozornie ze sobą niezwiązanych, które pokazywane są w kilku osobnych liniach narracyjnych". Nie będę się tu o każdej rozpisywał. Zaznaczę tylko, że podejmowane w obrazie tematy tyczą się ogólnie rozumianych relacji, czy to rodzinnych, czy damsko-męskich. Jest tu też miejsce na studium samotności, alienacji, desperacji czy nawet dewiacji. To właśnie ten ostatni element najbardziej zapada w pamięć, będąc prawdziwym wyzwaniem dla niedzielnego widza. Zagadnienie zaburzeń seksualnych jest tu ukazane w zaskakująco wyważony, spokojny, metodyczny sposób. Nie jest nacechowany emocjami, czy też przemocą. Zagadnienie jest ukazane w sposób mało spektakularny, wręcz nudną, ale w tym tkwi jego siła. Chociaż tego nie chcemy, takie sytuacje mają miejsce i są częścią zwykłego życia dla niejednego człowieka. Tytułowe szczęście, a właściwie pogoń za nim prowadzi do czegoś zupełnie odwrotnego, czyli nieszczęścia. I o tym właśnie jest w istocie ten film.

Niepodległe Stany przeżyły jedną wojnę na swoim terenie, a mianowicie wojnę sensacyjną. I podobnie jak o każdej wojnie, w jakiej brali udział, tak samo o tej, Amerykanie uwielbiają kręcić filmy. Konflikty zbrojne oraz ich cała otoczka to bowiem bardzo atrakcyjny temat dla filmowców. Jedną z mniej znanych pozycji w tym nurcie jest obraz o tytule "Andersonville" z 1996 roku w reżyserii samego Johna Frankenheimera. Ta telewizyjna produkcja oparta jest na prawdziwych zdarzeniach i opowiada o pewnym obozie jenieckim dla żołnierzy Północy kierowanym przez szwajcarskiego naczelnika Henry'ego Wirza, który jakoś zapodział się w Ameryce podczas rzeczonego konfliktu. Film ukazuje obozowe życie od podszewki. Warunki tam panujące nie należały do lekkich. Osadzeni nie mieli nawet własnych baraków, a nocowali pod namiotami. A było ich tam jak mrowków. Szybko zaczęło dochodzić w tym miejscu do aktów patologii. Powstał oto pewien gang, który bił i okradał innych osadzonych, zwłaszcza nowo przybyłych. Działo się to na oczach wszystkich pozostałych, lecz bez ich reakcji. Do czasu. W końcu znalazło się paru odważnych, którzy porwali całą resztę do walki przeciw oprychom. Udało się ich pokonać, osądzić, a przywódców stracić. Film w dobitny sposób pokazuje, jak bierność na zło może prowadzić do jego rozrostu. Takie same mechanizmy kierują też naszym codziennym, społecznym życiem. Tam, gdzie brak cywilnej odwagi, jedności oraz akceptacja dla wynaturzeń, panoszy się patologia. A wystarczy chociaż jeden głos sprzeciwu, by ją powstrzymać.

Innym ulubionym tematem amerykańskich filmów obok wojen są seryjni mordercy. Mają oni często za oceanem status gwiazd, a ich losy są romantyzowane przez liczne produkcje kinowe i telewizyjne. Jedną z nich jest "Pieśń kata" z 1982 roku, której bohaterem jest Gary Gilmore. Postać ta to jeden ze słynniejszych zabójców w historii i oprócz filmów doczekał się też piosenek o sobie. Został on jako młody człowiek osadzony w zakładzie karnym, gdzie jak nietrudno się domyślić, stał się ofiarą przemocy, by potem sam stać się katem dla innych. Gdy w końcu go wypuszczono, był jak zdziczałe zwierzę. Efektem tego były napady rabunkowe, podczas których zastrzelił dwie osoby. Szybko go złapano i osadzono. Film ukazuje nam losy Gilmore'a podczas tego krótkiego okresu wolności. W postać tę świetnie wcielił się relatywnie jeszcze młody Tommy Lee Jones. Zagrał bardzo wiarygodnie, z typową dla siebie, charyzmą. Na ekranie partneruje mu Rosanna Arquette. Gra ona zapoznaną dziewczynę i jedyną osobę, z którą Gary mógł szczerze porozmawiać. Obraz reżysera Lawrence'a Schillera stanowi kliniczne wręcz studium człowieka stworzonego przez bezduszny system. I chociaż na pewno nie można zaprzeczyć zbrodniom, jakie popełnił, to jednak twórcom udało się sprawić, że widz może jakoś przejąć się jego losem, widząc w nim kolejną ofiarę instytucji i bohatera tragicznego.

wtorek, 7 kwietnia 2026

3 fajne filmy z... - Brazylia

Brazylia kojarzy mi się z piłką, zabawami na plaży i zużytymi prezerwatywami pływającymi w zatoce Rio de Janeiro. Życie tamtejszych ludzi kręci się w dużej mierze wokół tych spraw. Nic więc dziwnego, iż właśnie o tych rzeczach kręcą też filmy. Dzieł z Brazylii powstało wiele, najsłynniejszym jest prawdopodobnie "Miasto Boga". Istnieją jednak też inne nawet ciekawsze propozycje, o których chciałbym tu wspomnieć. Nie widziałem dużo produkcji brazylijskich, ale parę się uzbierało. Jest wśród nich również obraz dokumentalny, co stanowi pewne novum w moich zestawieniach. Zdecydowałem się nie umieszczać żadnych dzieł Glaubera Rochy, najsłynniejszego i najbardziej zasłużonego brazylijskiego twórcy, jak również nie wspominać o słynnym "Mieście Boga" właśnie dlatego, że pozycje te są dobrze znane, a ja wolę się skupić na tych mniej popularnych.


Jechać z kur*ami można by powiedzieć, oglądając brazylijską produkcję "Elitarni" z 2007 roku. Ten bezkompromisowy obraz opowiada o specjalnej grupie policjantów walczących z narkotykowymi bossami z faweli. Film to rasowy przykład kina sensacyjno-policyjnego. Posiada jednak przy tym sporo elementów dramatycznych, nie jest to tylko sama akcja. Film przedstawia jakby dwa spojrzenia na traktowanie przestępczości - to bardziej liberalne, które zakłada wchodzenie w układy z bandytami i utrzymywanie ich oraz to bardziej bezwzględne, które zakłada bezpardonową walkę oraz eliminację. Tytuł przedstawia codzienne życie policyjne i niebezpieczeństwa, na jakie narażeni są funkcjonariusze. Jest to film, który nie bierze jeńców i w sposób dosadny udowadnia, że ten, kto mieczem wojuje, od miecza ginąć powinien. Jeśli idzie o aspekty sensacyjne, to nie jest on gorzej nakręcony od niejednej hollywoodzkiej produkcji. Robi to naprawdę wrażenie. Bliska i dynamiczna praca kamery sprawia, że czujemy się jakby prawie na miejscu akcji. Jest to na pewno jedna z zalet dzieła, które odbiło się pewnym echem poza granicami kraju, przybliżając międzynarodowemu widzowi realia codziennego życia oddziałów specjalnych policji.

"Brasileirinho. Muzyka słońca" to dokument z 2005 roku traktujący ogólnie rzecz mówiąc o brazylijskiej muzyce. I nie mam tu na myśli samby. Jak się bowiem okazuje, Brazylia ma do zaoferowania całą gamę muzycznych gatunków i stylów. Nie można zapominać, że to tam właśnie powstała, chociażby bossa-nova, ale także np. choro które jest jednym z najbardziej charakterystycznych stylów z kraju kawy. Obraz wprawdzie stanowi międzynarodową koprodukcję, ale uznałem, że ponieważ Brazylijczycy maczali w niej palce, to zasługuje na wspomnienie. Poza tym ukazuje on prawdziwie narodową pasję napędzającą kulturę od kulis. Mamy tutaj szansę zaobserwować całą masę artystów z Brazylii, takich jak Elza Soares, Teresa Cristina, czy Guinga, którzy z wielką pasją opowiadają o swoich inspiracjach oraz twórczości. To właśnie te momenty należą do najbardziej pamiętnych i robiących wrażenie będąc jawnym świadectwem czystego talentu oraz niepohamowanej potrzeby wyrażania się poprzez tworzenie. Dokument to prawdziwa gratka dla każdego fana muzyki brazylijskiej, ponieważ zawiera nie tylko wnikliwy wgląd w świat i życie artystów, ale pokazuje także niemalże na żywo proces twórczy powstawania utworów. A są one w istocie bardzo proste i poruszają swojskie klimaty, mimo że ich pochodzenie jest tak dalekie geograficznie od nas. Bohaterowie filmu odznaczają się wielkim talentem, popartym wysokim rzemiosłem, jak również niesamowitą naturalnością, dzięki czemu seans upływa bardzo płynnie i w miłej atmosferze. Jest to też przy okazji spora inspiracja dla niejednego miłośnika muzyki różnej.

Ze do Caixao, czyli Coffin Joe, czyli Grabarz Jaś to bohater serii brazylijskich filmów grozy, które sławę zdobyły w latach 60. Odpowiedzialny za powstanie tej postaci oraz całego uniwersum był niejaki Jose Mojica Marins. Pierwszy z serii jego dzieł zatytułowany "O północy zabiorę twą duszę" był jednocześnie dziewiczym brazylijskim horrorem. Coffin Joe pełni funkcję grabarza w pewnej wiosce, w której wszyscy się go boją, ponieważ robi złowrogie miny i nosi kapelutek. Przede wszystkim jest jednak bluźniercą. Nie wierzy w Boga, publicznie przyznaje się do bycia ateistą, je mięso w piątki no i morduje ludzi. Robi to oczywiście nieoficjalnie, żeby go nie zamknęli. Jego obsesją jest posiadania syna, którego postrzega jako sposób na nieśmiertelność. Dlatego też chodzi po okolicy i napastuje każdą kobietę, jaka się napatoczy. Wszyscy podejrzewają go o niecne sprawki, ale boją się mu przeciwstawić, bo Joe dostaje kurwików w oczach i wtedy jest w stanie pokonać każdego. Film jest całkiem nieźle zrealizowany, zważywszy, że nie stoi za nim żadne poważne studio. Można sobie wyobrazić, że w swoim czasie był szokujący dla widzów z uwagi na sceny mordów i tortur. Przede wszystkim intryguje jednak wielce ekspresyjna gra głównego bohatera i jego płomienne przemowy. Joe ma swoje widzimisię. Gardzi rasą ludzką z uwagi na jej zabobonność i tchórzostwo. W przeciwieństwie do nich rzuca on wyzwanie życiu, śmierci, Bogu i Diabłu. Wszystkim komu się da. Marnie wprawdzie przez to kończy, ale co się namorduje ludzi to jego.

wtorek, 10 marca 2026

TOP 10: polskie komedie

Polacy uwielbiają się śmiać. Najbardziej z innych. Czasami jednak potrafią też i z siebie, przynajmniej część z nich. A to bardzo cenna cecha, właściwie to niezbędna, aby prowadzić szczęśliwe życie. Wiele o poczuciu humoru danego narodu mówić mogą filmy komediowe przez niego tworzone. W Polsce mamy bogate tradycje komediowe, które jednak w ostatnich dekadach zdają się umierać. Wszystkie najlepsze i najbardziej popularne obrazy tego gatunku powstały już wiele lat temu. Mimo to często nadal są aktualne, może stąd bierze się ich niesłabnąca popularność. Jest zatem w czym wybierać i tego zadania też się podjąłem. Przyznaję, że dominują starsze produkcje, ale uważam, że zwyczajnie są lepsze od tych późniejszych, chociażby powstałych po 2000 roku. Trudno jest wybrać najlepsze komedie, bo gust i poczucie humoru jest słabo mierzalne. Pomimo tego uważam, że każda z pozycji z mojej listy się broni, a tak naprawdę mogłaby, by ona być o wiele dłuższa.


10. Człowiek z M-3 (1968)

"Człowiek z M-3" to bardzo sympatyczna komedia z dawnych lat. Prezentuje poziom światowy. Jej bohater musi w krótkim czasie znaleźć sobie żonę, inaczej nie dostanie mieszkania. Klasą samą dla siebie jest Bogumił Kobiela, który był jednym z tytanów polskiej komedii i w ogóle kina. Jak to na ogół bywa w przypadku starych filmów, cała obsada prezentuje się wyśmienicie i nie ma tu żadnej złej roli, czy momentu. Imponują zwłaszcza kandydatki na żonę, na czele Mają Wodecką lub młodą Szykulską. Filmowi bliżej komedii romantycznej niż znanym z późniejszych lat produkcjom wyśmiewających absurdy życia w PRL-u.


9. Rozmowy kontrolowane (1991)

Nie wiem czemu, ale zawsze tkwiłem w przekonaniu, że "Rozmowy kontrolowane" powstały jakoś w latach 80. Może dlatego, że nie kojarzyłem lat 90. z dobrym polskim kinem. Jednak jak się okazuje, na początku tej dekady powstał film i to komedia, która bawi do dziś nie mniej niż inne klasyki. Podobnie jak każda popularna polska komedia także tu mamy do czynienia ze statusem wręcz kultowym, który uzyskany został między innymi dzięki pamiętnym tekstom i ikonicznym scenom. Humorystycznie film tkwi niejako jeszcze w poprzedniej epoce, być może z tego czerpie swoją siłę.


8. Skarb (1948)

Najstarszy w zestawieniu film to "Skarb" z 1948 roku. Opowiada o grupie ludzi mieszkających na kupię w jednym z ocalałych po wojnie budynków. W wyniku pewnej pomyłki są oni przeświadczeni, że w mieszkaniu znajduje się wielki skarb i postanawiają go odnaleźć, co oczywiście jest przyczynkiem do całej serii komicznych sytuacji. Obsada jest zacna, ale show jak to zwykle bywa, kradnie Dymsza. Dla mnie niektóre sceny ze skarbu z jego udziałem jak nieudana audycja radiowa, to prawdziwa klasyka polskiej komedii. Film jest prosty, śmieszny i jak na okres powstania, niesie ze sobą bardzo dużą dawkę pozytywnej energii. I chociaż nie jestem fanem remake'ów to aż jestem ciekawy, jak "Skarb: wypadłby w nowej, współczesnej interpretacji.


7. Nie lubię poniedziałku (1971)

"Nie lubię poniedziałku" zawsze kojarzył mi się bardziej z latami 60. niż z 70. Jest jakby osadzony bardziej w estetyce tej dekady. Jest to bardzo pogodna i sympatyczna komedia, w której poznajemy całą masę bohaterów, próbujących przetrwać jakoś najbardziej nielubiany dzień tygodnia, jakim jest poniedziałek. Mimo licznych problemów świat ukazany w dziele jawił mi się zawsze jako wręcz idylliczny. I był to ponoć celowy zamysł. Chodziło o ukazanie polskiej rzeczywistości w jasnym świetle. Mnie to nigdy nie przeszkadzało, a to dlatego, iż film zwyczajnie jest zabawny. Zawiera wprawdzie mało kontrowersyjne motywy, ale ociera się momentami o czysty absurd, będąc niejako zapowiedzią tego, co czekało nas w późniejszych latach.


6. Dzień świra (2002)

"Dzień świra" to najnowsza rocznikowo produkcja na mojej liście, a pochodzi z 2002, czyli ma już ponad 20 lat. Jest więc całkiem stara. To dużo mówi o obecnym poziomie komedii we współczesnym polskim kinie oraz jaki zjazd ten gatunek zaliczył. Zdecydowałem się umieścić "świra" w zestawieniu. Ponieważ jest to dzieło wyróżniające się, takie, które definiuje może nie pokolenie, ale całą masę pokoleń. Jak mało, który film diagnozuje polskie przywary. Owszem spotkałem też negatywne opinie o tym dziele, ale były one mało wiarygodne. Obraz jest niby komedią i tak jest odbierany, jako opowieść pełna absurdów o jakimś śmiesznym człowieczku. Tymczasem jest to krzywe zwierciadło naszego świata. To w istocie tragiczny film o tym, że my Polacy jesteśmy zjebami. Brakuje mi obecnie czegoś podobnego, bo czasy aż same się proszą o wnikliwą analizę pewnych zjawisk. Trzeba się śmieć z tego gówna, bo śmiech to czasem jedyne antidotum na rzeczywistości i zwykle ludzkie wkurwienie.


5. Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz (1978)

Pierwsza na liście pozycja wyreżyserowana przez Bareję uważana za kultową oraz taka, której nie może zabraknąć w zestawieniu. "Miś" jest może bardziej rozpoznawalny, lecz "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" cechuje się podobnym humorem opartym na absurdzie, podobną tematyką oraz ukazanymi realiami. Posiada też niewiele mniej ikonicznych tekstów i patentów. Fabuła jest tutaj umowna i w sumie może nie być dla każdego jasna. Nie o nią jednak tutaj chodzi. Film stanowi szereg powiązanych ze sobą w większym lub mniejszym stopniu scen. Jego mocną stroną jest oczywiście aktorstwo. Każda postać, nawet epizodyczna ma tutaj swoje miejsce i potrafi na chwilę zabłysnąć. Z bardziej pamiętnych momentów wymienić należy sekwencję w sklepie, opis podróży do pracy, czy też tureckiego handlarza.


4. Poszukiwany, poszukiwana (1972)

Film ten widziałem wiele razy, prawie za każdym razem jak leciał w tv. Wynika to z faktu, iż jest on niemal perfekcyjny. Wiem, że stary pomysł przebrania faceta za babę nie jest może czymś szczególnym, ale tutaj udało się osiągnąć coś wyjątkowego. Wynieść ten motyw do najwyższej rangi. Możliwe było to w dużej mierze dzięki całej gamie charakterystycznych aktorów, którzy nieraz sprawdzali się na komediowym polu walki. Nie nazwałbym może roli Wojciecha Pokory jego rolą życia, ale na pewno prezentuje on tu szczyt swoich możliwości. Mnie zawsze najbardziej śmieszyła postać dyrektora i jego innowacyjny plan przeniesienia jeziora na inne miejsce osiedla. Ważną rolę gra tu także muzyka, stanowiąc idealny podkład dla konkretnych sytuacji. Myślę, że obraz ma na tyle duży potencjał, iż jego remake, nawet międzynarodowy, okazałby się sukcesem.


3. Seksmisja (1983)

"Seksmisja" Machulskiego to dziś jeden z najbardziej znanych polskich filmów. Pamiętam, że widziałem go nawet kiedyś w gazecie na jakimś niemieckim kanale. Nic w sumie dziwnego, znając rubaszność Niemców, ponieważ film oferuje sporo golizny i tematów związanych z seksem. Mnie zawsze bawiły jednak inne jego aspekty, przede wszystkim pamiętne teksty wypowiadane głównie przez Stuhra, takie jak "kobieta mnie bije" czy "nasi tu byli". Wiem, że niektórzy próbują dyskredytować owo dzieło, ale jest to raczej malkontenctwo niż rzetelna krytyka. "Seksmisja" oferuje bowiem idealne połączenie komedii z kinem sci fi i do tego społeczny komentarz. Dojrzały film dla dorosłych.


2. Rejs (1970)

Można rzec, że "Rejs" to dzieło niezrozumiane. Zwłaszcza wraz z upływem czasu. Albo po prostu części ludzi nie potrafi w nim dostrzec tych zalet, które niewątpliwie posiada. Dużą rolę odgrywa tu także specyficzne, nieoczywiste poczucie humoru. "Rejs" nie każdego będzie śmieszył. Innych będzie nudził. Niektóre sceny, jak ćwiczenia gimnastyczne, zaiste należą do słabszych stron dzieła. Nie sposób jednak nie dostrzec w tym całym zamieszaniu wielu perełek komedii. Jest to też kolejny film z całą listą kultowych scen i tekstów. Moim prywatnym faworytem jest ocena jakże przecież optymistycznej piosenki młodego śpiewaka, która jednych ożywia, a inni przy niej zasypiają zaś scena z powolnym zanurzaniem się w wodzie podczas dyskusji to już prawdziwe szczyty komedii sytuacyjnej oraz klasa światowa. Atutem rejsu jest umiejętne wykorzystanie gry profesjonalnych aktorów z naturszczykami, którzy są tu prawdziwymi gwiazdami.


1. Miś (1980)

"Miś" to bezsprzecznie pozycja kultowa i jedna z najbardziej popularnych polskich komedii jak ogólnie filmów. To są jednak właściwie już piękne frazesy. Podejrzewam, że z czasem ikoniczność tej pozycji może spadać, jako że już nawet 30-latkowie nie do końca pojmują fenomenu owej produkcji. A czemu jest ona warta uwagi? Przyznam się bez bicia, że przez lata nie ogarniałem nawet fabuły "Misia:. Jako dziecko nie wiedziałem, o co idzie cała intryga, ale i tak film mnie bawił. Nie o fabułę tu bowiem chodzi, a o rejestrację rzeczywistości w przerysowanym świetle. Prawie każda scena jest naznaczona jakimś żartem, a gdy dodamy do tego, że jest on pamiętny to mamy prawdziwy festiwal niezapomnianych sekwencji. Teksty w nich zawarte przeszły niejednokrotnie do języka powszechnego, co jest kolejny dowodem "kultowości" obrazu. Krótko mówiąc "Miś" to polska, prawdziwa klasyka, którą zawsze jestem gotowy oglądać. Poziom absurdu jest tu podniesiony do rangi sztuki, ale nasz absurd jest o tyle śmieszniejszy, ponieważ niejedna sytuacja z filmu nadal jest aktualna.

wtorek, 10 lutego 2026

Potwór XXIX - T-1000

Jestem sporym fanem pierwszej części "Terminatora" z 1984 roku w reżyserii Jamesa Camerona. Uwielbiam jego duszny mroczny klimat i poczucie alienacji w walce z niemalże niezniszczalnym przeciwnikiem. Tworząc drugą część, reżyser miał na pewno nie lada zagwozdkę jak to przebić. Ponieważ jednak już wcześniej przy okazji "Aliens" pokazał, że radzi sobie z sequelami także "Terminator 2" wyszedł mu super, będąc wielkim hitem. Rozwiązaniem na zaskoczenie widza i stworzenie czegoś nowego był twist, który z Terminatora Arnolda zrobił pozytywnego bohatera, który walczyć ma z całkiem nowym zagrożeniem. A jest nim robot wyższej generacji, czyli zmiennokształtny T-1000. Pomijając wszystkie kreacje w "Terminatorze 2" z Arniem, synkiem, czy Lindą Hamilton na czele, to właśnie wcielający się w rolę T-1000 Robert Patrick skradł moim zdaniem show. Aktor został idealnie dobrany. Jego uroda jest z jednej strony pospolita, ale z drugiej odznacza się jakąś taką nikczemnością. Miny i spojrzenia, jakie rzuca, perfekcyjnie oddają bezduszne i totalnie złe zamiary postaci. Robert Patrick grający T-1000 pozostaje moim cichym antybohaterem, jeśli idzie o "Terminatora 2", ale także, jeśli idzie o cały nurt sci-fi, jak i ogólnie kino.


wtorek, 3 lutego 2026

Potwór XXVIII - Piwniczniak

Każdy chyba miał kiedyś piwnice. Nawet jeśli nie miał, to słyszał o takim pomieszczeniu. Jest ono najczęściej usytuowane pod mieszkaniem, czyli zwyczajnie mówiąc pod ziemią. Jest tam zimno, dlatego ludzie przechowują tam różne przetwory, zapasy, porwane kobiety i potwory. Tak, dokładnie, potwory też. Tak przynajmniej uczy nas horror z 1988 roku "Mieszkaniec podziemi". Opowiada on o grupie ludzi, którzy spędzają weekend w pewnym starym domu. Jego właściciel, którym był rysownikiem komiksów, zginął w tajemniczych okolicznościach wiele lat wcześniej. Jak się szybko okazuje, jeden ze stworzonych przez niego stworów ożył, wyszedł z obrazka i zaczął mordować. Czym był ów stwór? Ciężko powiedzieć. Była to jakaś mieszanka małpy z wilkołakiem. Ogólnie można go chyba nazwać demonem. Najciekawszym aspektem jego egzystencji jest na pewno sposób powołania do życia monstrum, poprzez komiksową rzeczywistość. Można zatem horror nazwać straszniejszą wersją "Zaczarowanego ołówka". Zawsze jak oglądałem tę bajkę, zastanawiałem się, jakby to było mieć taki gadżet i moc tworzyć wszystko. Jest to prawie że boska moc. Daje ogromne możliwości. Jakbym miał taki ołówek to bym w pierwszej kolejności narysował chyba kobietę. To jednak tylko bajki, bo nie ma fizycznej opcji ożywiania malunków. Możemy zatem spać spokojnie, bo żaden komiksowy demon nam nie zagraża.

wtorek, 16 grudnia 2025

3 fajne filmy z... - Holandia

Holandia nie istnieje. Tak naprawdę państwo to nazywa się Niderlandy. Mniejsza jednak o szczegóły. Wszyscy wiemy, o kogo chodzi. Mam tu na myśli ten nizinny kraj w zachodniej Europie, który kiedyś przestanie istnieć, gdy całkiem zaleje go woda. Jak się okazuje, w Holandii także kręci się filmy. Nie lądują one może u nas tak często, ale od czasu do czasu jakiś się trafi. Niejednokrotnie są to dzieła obrazoburcze, zwłaszcza z punktu widzenia bogobojnego Lechity. I taki w moim zestawieniu też się znajdzie. W sumie to wszystkie będą zawierać takie elementy. Niegdyś za główny towar eksportowy holenderskiego kina uchodził Paul Verhoeven. W zasadzie to do dziś jego wczesne filmy mogą służyć za przykład kinematografii z Niderlandów. Jednym z najbardziej znanych jego filmów były "Tureckie owoce". Kolejnym słynnym Holendrem w kinie był niewątpliwie Rutger Hauer. Ścieżki zawodowe obu panów wielokrotnie się przecinały. W moim zestawieniu brakuje jednak owej konfiguracji. Są za to inne ciekawe propozycje.



Są różne fobie na świecie. Część ludzi np. nie lubi jeździć windą. I w sumie nie dziwię im się. To takie nieraz podstępne urządzenia, po których nie wiadomo czego się spodziewać. Są na ogół ciasne i nie ma z nich ucieczki w razie jakichś komplikacji. Nic zatem dziwnego, że jacyś filmowcy wpadli na pomysł, by uczynić z nich narzędzie terroru. Dokładnie to holenderscy. To oni są właśnie odpowiedzialni za powstanie filmu "De lift" z 1983 roku. "De lift" jak można się domyślić to właśnie winda po polsku. Produkcja opowiada o pewnym nowoczesnym ustrojstwie tego typu w jednym biurowcu. Widna zaczyna się niby psuć, co stanowi zagrożenie dla ludzi. Dochodzi w końcu śmiertelnego wypadku. Sprawę ma rozwikłać przysłany przez producenta mechanik. Okazuje się, że śmierć nie była zwykłym przypadkiem. Film ma fajny klimat rodem z lat 80. Łączy w sobie elementy dreszczowca, horroru i kina detektywistycznego. Ma też całkiem niezłe efekty gore i ciekawy zamysł, który ma sporo wspólnego ze sztuczną inteligencją. Można go polecić wszystkim fanom obskurnych, europejskich dzieł grozy.

"Czwarty człowiek" to bodaj najbardziej rozpoznawalny film w moim zestawieniu. Nie przypadkiem jego reżyserem był sam Paul Verhoeven. Nakręcił go jeszcze, gdy był znany głównie u siebie, dlatego może też obraz posiada silny europejski sznyt. Ja pamiętam go z dzieciństwa z pewnej drastycznej sceny, która utkwiła mi mocno w pamięci. Film od początku wprowadza jakiś taki dziwny stan niepokoju i atmosferę dziwności na ekran. Wystarczy powiedzieć, że główny bohater jest nieokreślony seksualnie i zaczepia ludzi w kiosku, potem sam staje się obiektem awansów pewnej tajemniczej i niebezpiecznej kobiety. Całość rozwija się w coraz to bardziej pokręconą historię o ludzkich głęboko skrywanych pragnieniach oraz żądzach. Jest to na pewno interesująca i warta polecenia pozycja także ze względu na unikalne kadry, jakimi operuje.

Ostatnią pozycję trudno nazwać, wbrew tytułowi serii fajną. Jest to na pewno dobry i warty uwagi film, który porusza jednak trudne i kontrowersyjne tematy. Chodzi tu konkretnie o film "Kiedy stopi się lód". Akcja przenosi nas w przeszłość do pewnego lata. Bohaterka Eva spędza czas głównie z dwoma kolegami, którzy mimo młodego wieku, głównie interesują się płcią przeciwną. Nie są jednak zainteresowani koleżanką, ponieważ nie uważają jej za atrakcyjną. Sytuację komplikuje pojawienie się urodziwej dziewczyny, która zaczyna mieć zły wpływ na relacje trójki przyjaciół. W wyniku szeregu niefortunnych zdarzeń dochodzi do drastycznej eskalacji, a jej ofiarą pada Eva. Film może być dla wielu szokujący, ponieważ konfrontuje typowo dorosłe zachowania ze światem dziecięcym. Ma to jednak swój cel. Pokazuje, że nawet młode osoby są zdolne do okrucieństwa, a ofiara zawsze będzie miała pod górę, będąc uciszania i pozbawiona zrozumienia także pośród bliskich.

3 fajne filmy z... - Polska

Chociaż pierwotnie seria miała nie obejmować polskich produkcji, to postanowiłem zmienić zasady w trakcie gry. Ponieważ to moja gra to mogę ...