Zołza jest starą, brzydką i debilną dziewczyną. Żaden żul nie może oprzeć się jej zapachowi, wszyscy gotowi są wyrzygać dla niej całą zawartość żołądka, obsypywać kamieniami, byle tylko zdobyć szparę beznadziejnej dziewczyny. Ona zręcznie wykorzystuje swój odpychający zapach, tym bardziej, że sama nie zaznała jeszcze bolca, jakim obdarzają ją nieszczęśni menele. Ale wszystko do czasu. Kiedy poznaje ojca Mateusza, odkrywa, co znaczy chapać dzidę.
niedziela, 5 grudnia 2021
sobota, 4 grudnia 2021
Potwór XVIII - W paszczy szaleństwa
Scena jak z koszmaru. Uciekasz jakimś korytarzem przed zgrają potworów, których nawet nie da się opisać. Biegniesz ile sił w nogach, ale jakoś dystans między tobą, a monstrami się nie zmniejsza. Wręcz przeciwnie maleje. Stwory są już coraz bliżej, czujesz ich oddech na plecach. I wtedy się budzisz. Jest to opis jednej ze scen w filmie "W paszczy szaleństwa" z 1994 roku. Obraz ten powstał, jak prawie co drugi film na świecie, na podstawie opowiadania Człowieka Jeża. Jest to historia pewnego zatwardziałego sceptyka, który powoli traci grunt pod nogami zdrowego rozsądku i zatapia się w matnię szaleństwa. Czyli normalna weekendowa rutyna. Potwory w tej produkcji występują, ale w dość krótkich sekwencjach. Można jednak wystarczająco dużo zobaczyć, by uznać, że są imponujące i osoba odpowiedzialna za ich stworzenie wykazała się sporą inwencją i umiejętnościami. Ich budowa jest nietypowa, ponieważ zdają się ich nie obowiązywać ziemskie standardy biologiczno-fizyczne, dobrze znane z innych produkcji. Ręka, noga, mózg na ścianie - tak ich można opisać. Dzieje się tak gdyż pochodzą one z miejsc gdzie człowiek błyskawicznie traci rozum. Przybywają z odmętów podświadomości, z miejsca poza ludzkim poznaniem. Z samych piekielnych czeluści lub też z innego, ukrytego dla nas wymiaru, gdzie oszczędzają prąd. Krótko mówiąc z ciemnej dupy. Przyzywa je pewien zmurszały Niemiec. Bohater filmu znajduje schronienie w szpitalu psychiatrycznym, co ostatecznie ratuje mu życie. Potwory zaś triumfują. Zamienił stryjek siekierkę na kijek.
czwartek, 2 grudnia 2021
Luźne gatki - Diuna! Co? Ty wiesz co.
Niedawno na ekrany kin weszła długo oczekiwana ekranizacja powieści Franka Herberta "Diuna". Karkołomnego zadania przełożenia tej grubej knigi na język filmowy podjął się niejaki Dennis Villeneuve. Jest to znany w środowisku jegomość, jeden z bardziej obecnie cenionych twórców, zarówno przez publikę, jak i krytyków. Do tego miał już udane doświadczenia z gatunkiem science fiction. Nic więc dziwnego, że premiera "Diuny" była gorączkowo wyczekiwana, a oczekiwania rosły. Ja również nie omieszkałem się z nią zaznajomić, ale ponieważ mam fobię społeczną i siedzę zamknięty w piwnicy to oglądałem "Diunę" na smartwatchu.
Mało kto wie, że istniał także projekt polskiej Diuny - miał ją reżyserować tandem Bareja/Gruza, a w roli czerwia chciano obsadzić całą załogę Zakładów Produkcji Mięsa w Zamościu. Wracając do tematu, jednak kiedy w końcu nadszedł ten czas, ten wieczór, gdy każdy mógł się na własne oczy przekonać czy Denisowi się udało, czy nie. I trzeba przyznać, że według ogólnej opinii krytyków, jak i widzów wyszedł z tego zadania z tarczą. Najnowsza "Diuna" jest za coś chwalona. Chyba za wizualne piękno, wysmakowanie kadrów, jak i plastyczność. Zasadniczo za sprawy techniczne. Inne aspekty produkcji też są chwalone, ale szczerze to nie wiem dokładnie jakie. Chodzi chyba o wierność książkowemu oryginałowi. Ja powieści nie czytałem, przyznaję się bez bicia. Kto normalny by czytał coś, co składa się z sześciu tomów, każdy po kilkaset stron. Tylko że tak naprawdę to czy ktoś czytał "Diunę", czy nie, nie ma znaczenia w kontekście filmu i jego oceny. Film jest to osobne dzieło i nie powinien być oceniany na podstawie adaptowanego materiału. Film musi bronić się sam, korzystając z narzędzi typowych dla tej dziedziny sztuki. A zatem uważam, że jak najbardziej mam prawo oceniać "Diunę" Villeneuve'a, czy też każdej innej osoby, która ją ekranizowała. A jedną z tych osób był niesławny David Lynch. Jego wersja powieści Herberta, pochodząca z 1984, jest już dotknięta zębem czasu i z reguły uważa się ją za niewypał. Rozumiem te zarzuty, darzę jednak ową wersję pewną dozą sentymentu i sympatii. Jednakże do tego jeszcze dojdziemy. Najpierw powiedzmy coś o "Diunie" z 2021 roku. Jest długa. To się po pierwsze rzuca w oczy. Nic w sumie dziwnego. Książka też jest długa. Niektórzy twierdzą nawet, że nie da się jej odpowiednio zekranizować. Villeneuve wraz z ludźmi ze studia doszli do wniosku, że będzie trzeba podzielić obraz na kilka części. Ja o tym nie wiedziałem i gdy seans zbliżał się do końca, narastała moja niecierpliwość i obawa, że finał będzie "ucięty". Jak się okazało to tylko początek. Początek, który niezbyt zachęca do sięgnięcia po kolejne, nadchodzące części.
Jaki mam zatem problem z dziełem Villenueve'a? Główny zarzut jest taki, że jego film jest pozbawiony życia. Jest wyzbyty z jakichkolwiek oznak energii. Jest mdły jak mydło. Ktoś może powiedzieć, że taki był plan i wynika to z faktu, że akcja dzieje się w odległej przyszłości na planecie, będącej wielką pustynią. Albo, że "Diuna" to dzieło filozoficzno-religijne i dlatego należy ją przede wszystkim kontemplować. No niby tak, ale też i nie. Uważam, że każde dzieło, nawet tego typu musi mieć jakieś "zacięcie", zęba. Musi być po prostu jakieś. W "Diunie" tego nie widzę, jest nijaka. Obraz pozbawiony jest również jakiegokolwiek klimatu, czyli cechy, która jest nieraz ważniejsze od fabuły i wszystkich pozostałych aspektów. Długie ujęcia na wydmy, monumentalne, wygenerowane przez komputer budowle czy statki tego klimatu nie zapewniają. Całość wygląda jak wycięta z kartonu dekoracja. Poza tym wszystko utrzymane jest w jednej tonacji kolorystycznej, przez co widoki zlewają się w jedno tło. Brakuje jakby kontrastu. Albo coś jest ciemne (wnętrza), albo jasne (defilady) albo rozmyte (pustynia). A to wszystko i tak jest tylko "narysowane" przez komputer. Pewnie dlatego nie wygląda autentycznie. Zatem argument o wizualnej jakości produkcji do mnie nie przemawia. Dopieszczone kadry to ledwie tani ozdobnik. Filmowy lukier. Pustostan, który nic nie wnosi ani nie wpływa dodatnie na wartość dzieła.
Jeśli chodzi o fabułę, to wiedziałem czego się spodziewać, ponieważ oglądałem film z 1984 roku. Była ona nieco dziurawa i chaotyczna. Musiano wspierać się narracja z offu, aby widz wiedział w ogóle, o co biega. Podobnie jest w przypadku dzieła Villeneuve'a. Różnica polega jednak na tym, że u Lyncha mimo wszystko było jakieś tempo akcji, była arytmia, jakieś zwroty. W przypadku Kanadyjczyka fabułę przyrównałbym do płaskiej linii albo jednego, monotonnego dźwięku. Jego film nie ma zwyczajnie struktury. Zaczyna się z dupy, potem coś tam się niby dzieje, a potem nagle się kończy. Nie ma początku ani finału. Wstęp narracyjny zaczyna się ni z gruszki, ni z pietruszki, tak jakby to był tylko kolejny trailer, a nie już konkretny film. W ogóle cała "Diuna" Villeneuve'a prezentuje się jak jeden wielki, rozwleczony trailer. Widz cały czas czeka, aż coś się stanie. Można powiedzieć, że twórcy tym samym budują napięcie i apetyt na dalsze części, ale po co w takim razie ich film trwa ponad dwie godziny? Innym dowodem wskazującym na małą treściwość nowej "Diuny" jest fakt, że cała jej fabula zawarta była w trailerach. Wady, o których wspominam były już tam widoczne. Jeśli tak się dzieje, to znaczy, że nie jest dobrze. Ważną częścią każdej produkcji, zwłaszcza tak epickiej jest muzyka. I tutaj mamy kolejny problem. Otóż soundtrack do "Diuny" skomponował najbardziej przereklamowany kompozytor muzyki filmowej Hans Zimmer. Jest on znany z braku charakteru i własnego stylu, jego kompozycje są generyczne i kiczowate. Nie inaczej jest w przypadku "Diuny". Czego się jednak można spodziewać po Niemcu? Do tego motywy muzyczne są tu jakby użyte w nieodpowiednich momentach.
Dobrze, to poznęcaliśmy się na reżyserze, operatorach i kompozytorze. Teraz czas na aktorów. I tutaj być może leży główny kłopot produkcji. Przykro to przyznać, ale niestety ludzie obsadzeni w "Diunie" najzwyczajniej w świecie nie mają charyzmy. Niczym się nie wyróżniają. Nie mają wielkiego talentu aktorskiego. Są jak manekiny, stoją, albo chodzą, ale to wszystko bez wyrazu. Osobiści uważam, że to szerszy problem naszych czasów, a mianowicie deficyt charakteru wśród aktorów. Brak jest ludzi, którzy potrafiliby coś wyrażać i reprezentować samym tylko wyglądem, spojrzeniem, sposobem poruszania. Grający główną rolę w "Diunie" Villeneuve'a Timothee Chalamet przypomina małego, zagubionego chłopca. Nie ma żadnej prezencji ekranowej. Pozostanie mu chyba granie niepewnych swej seksualności młodzieńców. Grająca jego matkę Rebecca Ferguson jest nijaka do szpiku kości. Ma aparycję przedszkolanki i jest po prostu zbyt normalna. Oscar Isaac, który chyba gra ojca Paula, tez nic od siebie nie wnosi. No może poza siwą brodą. Przydupasy Paula Duncan Momoa i Josh Halleck są jak meble. Momoa poza tym niepotrzebnie śmieszkuje i zachowuje się jak superbohater, który na ogół gra, a nie człowiek z krwi i kości. Nawet moja faworyta Szarlota Rampling jawi się jako jakaś stara raszpla zakryta serwetką. Gra Zendayi ogranicza się do rzucania groźnych spojrzeń spode łba, ale ona i tak miała stosunkowo mało czasu antenowego. Jeśli chodzi o antagonistów rodu Atrydów, czyli Harkonnenów to wyróżniają się właściwie tylko baron Vladimir ten zapaśnik. Obaj udają mrocznych lordów, ale i tak wiadomo, że to przebrani i pomalowani ludzie. Obaj nie stworzyli żadnej kreacji oraz nie sprawiają wrażenia groźnych i bezwzględnych. Jedynym, którego mógłbym pochwalić za rolę, jest Javier Bardem, który ma resztki charyzmy. Przy użyciu skromnych środków udaje mu się wykreować postać tajemniczą, potencjalnie niebezpieczną oraz budząca szacunek. Ba, początkowo nie byłem nawet pewien czy to jego oglądam na ekranie.
Nie sposób tutaj nie wspomnieć obsady z Lynchowej wersji filmu z 1984 roku. I porównanie to wypada na niekorzyść nowej produkcji. Podstawowa różnica to to, że kiedyś powszechni byli tzw. aktorzy charakterystyczni, czyli tacy, którzy mieli specyficzny wygląd, przez co często sam ich widok wystarczyłby wprowadzić jakiś nastrój bądź wiedzę o postaci. Mam tu na myśli ludzi takich jak Brad Dourif, Jürgen Prochnow, Lidia Hunt (nie tylko dlatego, że była niska), Patrick Stewart, Max von Sydow. Można by tu jeszcze długo wymieniać. Najbardziej pamiętne kreacje stworzyli jednak aktorzy tworzący obóz Harkonnenów. Baron Harkonnen w wydaniu Kennetha McMillana jest istną abominacją, karykaturą człowieka. Wzbudza jednocześnie grozę i obrzydzenie, mimo faktu, że wygląda nieporadnie. Jest w nim jednak iskra szaleństwa i nieprzewidywalności. Jest psychopatycznie rubaszny. Drugim wybijającym się złoczyńcą jest oczywiście Feyd-Rautha Harkonnen, sportretowany przez Stinga. Jest to moim zdaniem najlepsze filmowe wcielenie tego brytyjskiego muzyka. Podobnie jak McMillan tworzy on postać dziką, socjopatyczną i lubującą się w przemocy oraz zadręczaniu słabszych. Samo spojrzenie mówi więcej o jego zdegenerowanej naturze niż tysiąc słów. Dodatkowo. Sting był wówczas w świetnej formie fizycznej, miał atletyczne, wymodelowane ćwiczeniami ciało, stale gotowe do ataku jak u jakiegoś drapieżnika. Sam jego chód był sprężysty i świadczył o sile, arogancji i zuchwałości. Śmiem wątpić, by udało się to pobić komuś z obecnych artystów. Harkonnenowie Lyncha byli prawdziwymi freakami. Wybrykami natury. I nie obchodzi mnie tu, że wersja Villeneuve'a jest ponoć bardziej wierna ich książkowemu pierwowzorowi. Najprościej rzec ujmując aktorzy w "Diunie" z 1984 roku przez te ponad dwie godziny seansu byli odgrywanymi przez siebie postaciami. Stali się nimi. Natomiast ci z wersji z 2021 są tylko grupą przebierańców.
Tak więc "Diuna" Villeneuve'a jest moim zdaniem filmem co najmniej średnim. W zasadzie to nie jest nawet film, tylko jakiś wykalkulowany produkt. Nie powstały z wizji artystycznej tylko marketingowej. Jest to kolejna wydmuszka, produkt niczym paczka chipsów, zaserwowany gawiedzi przez upadające, pozbawione oryginalnych pomysłów Hollywood. A czemu zbiera pozytywne opinie oraz zarabia krocie? Dla mnie odpowiedź jest jedna: hype.
niedziela, 28 listopada 2021
Filmy na każdą okazję - Andrzejki
Koniec roku to wysyp różnych świąt i okazji. Jedną z nich jest tzw. wigilia imienin Andrzeja, przypadająca na 29 listopada. Właściwie to w nocy z 29 na 30. Nie będę się rozpisywał, na czym polegają obchody, bo każdy zna to na pamięć. Wystarczy napisać, że jest to wieczór, podczas którego tradycyjnie odprawia się wróżby. Przynajmniej kiedyś tak było w czasach gdy wróżby traktowano o wiele poważniej niż teraz. Obecnie Andrzejki to na ogół głównie kolejna okazja, żeby się schlać. Taka nowa, świecka tradycja. Dodatkowo w dzień ten obchodzone są imieniny Andrzeja. Ponieważ sam mam tak na imię postanowiłem umieścić tę okazję na moim blogu w serii "Film na każde święto". Mój wybór jest jednak nieco przewrotny, bo tematyka omawianego filmu w żaden sposób nie dotyczy wróżb, a obraz ten wybrałem ze względu na tytuł. Chodzi mianowicie o "Kolację z Andrzejem" - amerykańską produkcję z 1981 roku w reżyserii Louis Malle. Wybrałem to dzieło ze względu na imię występujące w tytule. Niewiele jest takich przypadków, postanowiłem więc wnieść tu nieco prywaty. Poza tym na teraz nie przyszła mi do głowy żadna inna, warta wspomnienia, pozycja dotycząca wróżb. Produkcja zawiera także polskie wątki, więc łączy się jakoś z naszym krajem. Co ciekawe tytuł polski, jak to często bywa, błędny, ponieważ występuje w nim imię Andre. Andre w żaden sposób nie przypomina Andrzeja. Ciężko powiedzieć czemu tłumacz nadał taki tytuł, być może nie mógł znaleźć polskiego odpowiednika imienia Andre. Pomijając ten fakt, sam film zwraca uwagę przede wszystkim swoją oryginalną konstrukcją. Jak sama nazwa wskazuje, jest to ni mniej, ni więcej tylko zapis rozmowy dwóch mężczyzn w średnim wieku, odbywającej się podczas kolacji w jednej z hotelowych restauracji. Fabuła ta oparta jest na podstawie prawdziwej konwersacji odbytej przez dwóch aktorów André Gregory'ego oraz Wallace'a Shawna, odgrywających również główne role w "Kolacji...". Bohaterowie również są związani ze środowiskiem filmowym, jeden to aktor, a drugi scenarzysta. No i to tyle, jeśli chodzi o treść. Dwóch gości siedzi i gada przez blisko dwie godziny. Niby robią to przy posiłku, lecz mało jest ujęć, na których widocznie by oni coś konsumowali. Ponieważ obaj są, za przeproszeniem inteligentami, tematy ich rozmowy krążą wokół teatru, aktorstwa, natury sztuki, jak i ogólnie pojętego sensu życia. Tytułowy Andre opowiada swemu towarzyszowi Wally'emu o swych przeżyciach z pobytu w Polsce, których doświadczył, będąc członkiem eksperymentalnej grupy teatralnej stworzonej przez Jerzego Grotowskiego. Ten mocny, polski element może być wabikiem dla polskiego widza. Opowieści te łączą ze sobą suche fakty z głębokimi, emocjonalnymi stanami, jakich Andre podczas nich doznawał. Szczerze mówiąc, opisy te nie są zbyt zachęcające. Bardzo nie lubię różnego typu spędów ludzkich, które kierują się nieokreślonymi ideami i mało konkretnymi działaniami. Niezbyt też lubię być dotykany przez obcych, babrania się jedzeniem, jak również zakopywania żywcem. Andre jest dość zafascynowanymi tymi wydarzeniami, twierdząc, że pozwoliły one mu na osiągnięcie odmiennych stanów świadomości. Pozwoliły mu także niejako lepiej poznać siebie oraz swoje ograniczenia.
Druga część filmu przypomina już bardziej dialog niż monolog. Tematyka jest też bardziej szeroka. Powstaje nawet pewien rodzaj konfliktu, gdy Wally stawia tezę, iż tryb życia, jaki on prowadzi, jest nieosiągalny dla zwykłego człowieka, dlatego trzeba umieć czerpać radość z drobnych, codziennych rzeczy jak np. filiżanka kawy. Na co Andre odpowiada, że ta tzw. "normalność" nie jest realna i przypomina bardziej życie we śnie. Mężczyźni prowadzą pewien łagodny rodzaj sporu, wymieniają się argumentami, nie popadając w fanatyzm czy zacietrzewienie. Miło posłuchać takiej dyskusji. Mimo specyficznej formy i treści twórcom udało się uniknąć przeintelektualizowania, snobizmu czy też monotonii. "Moja kolacja z Andrzejem" to seans, na który trzeba się mentalnie przygotować. Obraz ten wymaga od widza skupienia uwagi oraz cierpliwości. Dzieło to ma poniekąd łatkę filmu, który zawiera jakieś niesamowite, odkrywcze treści, zahaczające wręcz o teorie spiskowe, na temat naszego życia. Na temat jego sensu, na temat tego, co jest w nim ważne i ogólnie na wszystkie te egzystencjalne rozterki. Wnioski takie można zwłaszcza wyciągnąć po obejrzeniu fragmentów filmu. Prawda jest jednak inna. Nie należy nastawiać się na odkrycie żadnych większych prawd ani objawienia. Mimo to jest to nadal kawałek porządnego kina, prezentującego solidne aktorstwo oraz niezłe dialogi. Może niekoniecznie na same Andrzejki, ale wart zainteresowania.
niedziela, 21 listopada 2021
Polskie romkomy - Nie sraj, kochanie
"Nie sraj, kochanie" nie jest bajką. To miłosna histeria, podana letko, jednak nie pozostająca w oderwaniu od rzyci, w której wszelkiego rodzaju robaki towarzyszące jej bohaterom wypływają z zaropiałego odbytu. Ma pokazać, w jaki sposób kłamstwo i manipulacja może stanąć w szranki z nieuczciwością, prostackością i nienawiścią. I – kto kogo "przeora", kto wygra ten pojedynek, w którym stawką jest stolec. A co robi w naszej historii kutas? Cóż, dziewczyna, która kocha kutasy i mówi do nich po imieniu to chyba jedyna osoba, która potrafi w staniku dostrzec coś brudnego i zmienić go… A wtedy – nawet kutas potrafi zakwitnąć pięknym smrodem. W większości miłosnych historii dotąd królowały cebule. W naszej – kutasy. Też z kolcami. Ale z jaką stulejką!
Polskie romkomy - Ruchaj i tańcz
„Ruchaj i tańcz” to opowieść potwierdzająca prawdę o tym, że aby odnaleźć prawdziwe nieszczęście, trzeba zawsze podążać za głosem wątroby, a taniec potrafi być najpiękniejszym wyrazem żenady. Główna bohaterka tej historii to Mania, wyuzdana życiowo, początkująca tapeciara, która odkrywa nagle, że z kagańcem łączy ją znacznie więcej, niż mogłoby się jej początkowo wydawać. Na swojej drodze spotyka fanatyka ulicznego żebrania, Wojteka, marzącego o karierze na złomowisku. To właśnie dzięki niemu dziewczyna zaczyna mówić, że drążąc do stabilizacji może przeorać bardzo ważnego rowa. W porywającym kagańcu wychodzą na jaw wszystkie smrody, długo skrywane opryszczki, może nawet narodzić się bękart.
Potwór XVII - Hyde nie ma nic do ukrycia
Gdy jakiś mężczyzna rozchyla płaszcz, prezentując przechodniom swoje klejnoty, większość z nich z niezrozumiałych przyczyn odwraca głowę. Damska część dodatkowo podnosi wrzask lub pisk. Zależy od indywidualnych predyspozycji. Podobną właśnie scenę zawiera film pod tytułem "Jekyll i Hyde... znowu razem". Jest to alternatywna historia opowieści o doktorze Hydzie i panu Jekyllu. W tej odsłonie biedny naukowiec zmienia się w monstrum, lecz nie żądne krwi, a kobiecych wdzięków. Kulminacją jego wybryków jest występ w trakcie pewnej ceremonii, podczas którego dokonuje efektownego striptizu przed zgromadzonym, szanownym gronem. Nie jest to jedyna wspaniała scena w tym dziele. Niejeden wytrawny kinoman zapewne doceni plastyczną scenę powiększania biustu. Motorem napędowym są popisy jest tzw. aktora Marka Blankfielda. Nie jest to może bardzo rozpoznawalne nazwisko, lecz na pewno zasługujące na uwagę. Rola Hyde'a jest tą, w której w pełni mógł ukazać swój talent, ale podziwiać go można również chociażby w "Robin Hood: Faceci w rajtuzach" gdzie wspaniale odwzorował proces wydalania. "Jekyll i Hyde... znowu razem" nie prezentuje klasycznego spojrzenia. Mimo to skłania do refleksji na temat dwoistości natury ludzkiej. W każdym kryje się dzika strona. Nieujarzmiona potrzeba by ulec pierwotnym instynktom i zagryźć zęby na czyimś pośladku. To naturalne. Sztuka tkwi w tym aby umieć powstrzymać tego wewnętrznego potwora, bestię która domaga się zaspokojenia rządzy keczupu. Strach pomyśleć co się stanie gdy ludzie nie będą mieli już nic do ukrycia.
Potwór XXX - Człowiek
Żyję z pozoru w bezpiecznym miejscu. Czuję jednak ciągłe zagrożenie. Nadchodzi ono ze strony tych stworów, których wszędzie pełno. Nazywam j...
-
Idzie zima, warto zatem zaopatrzyć się w coś ciepłego do noszenia. Jednym z lepszych okryć od lat jest bez wątpienia zwierzęce futro. Ludzie...
-
Hamadriady to postacie występujące w mitologii greckiej. Były to istoty nimfopodobne, których cechą charakterystyczną było to, że pełniły fu...
-
4 października obchodzone bywa szczególne święto, a mianowicie dzień zwierząt. To wtedy stworzenia wszelkiej maści zbierają się w kupę i idą...