wtorek, 25 marca 2025

Luźne gatki - Osły, które dowiozły

Osioł, jaki jest, każdy widzi. Właściwie to koń, ale osioł w sumie też. Czy osły są zatem dyskryminowane? Częściowo tak. Jednak w świecie kina doczekały się paru wartych odnotowania wspomnień. Ba, istnieją całe filmy im poświęcone. Zwierzęta te odgrywały w nich kluczową rolę, chociaż na ogół w formie symbolu. Osioł to charakterystyczna kreatura. Ma krótkie nóżki, wielkie oczy i jeszcze większe uszy. Siedzącego osła można czasem pomylić z zającem. Od tyłu. Lepiej jednak tego nie robić. Osły mają różne rozmiary, ale na ogół nie są ogromne. Mimo to niektórzy próbują ich dosiadać. Oprócz tego funkcją osła jest przede wszystkim targanie na grzbiecie za ludzi jakichś szpargałów. Ten niewesoły los szczególnie zdaje się inspirować twórców filmowych.

Najsłynniejszym chyba osłem w świecie kina przez lata był Baltazar, czyli bohater filmu Roberta Bressona "Na los szczęścia, Baltazarze!". Film jest bardzo sławny, ponieważ sam reżyser zdobył sporą sławę. Jego filozofia opierała się na wykorzystaniu naturszczyków, którzy mieli być gwarancja naturalności oraz autentyczności. Często nie umieli oni w ogóle grać i zachowywali się przed kamerą dość drętwo. "Na los szczęścia, Baltazarze!" nie opowiada w istocie o ośle tylko o ludziach i ich trudnym łosiem zwierzę służy tu tylko za symbol sponiewierana. Obecnie kino to jest mocno archaiczne a dla współczesnego widza wręcz niestrawne. Co innego "Shrek". Ta hitowa komedia również zawiera osła i obecnie jest to chyba najbardziej rozpoznawalnych kinowy osioł. Zarówno w Polsce, jak i na świecie. To zasługa głównie świetnie dobranego dubbingu. Osobiście nie byłem nigdy wielkim fanem "Shreka", odbierając go jako rozrywkę dla normików, ale trudno o nim nie wspomnieć w przypadku wywodu o osłach. Inną animacją, której bohaterem jest ten czworonóg, jest mało znany pakistański "Donkey King". Obraz ten nie cieszy się uznaniem publiki, lecz moim zdaniem niesłusznie. Zawiera bowiem niejeden udany komiczny element. Poza tym trzeba czasem powspierać kogoś innego, a nie ciągle tę Amerykę. Produkcja opowiada o ośle, który został marionetką w rękach polityków, ale sobie poradził. Jest to zatem swego rodzaju satyra na naszą rzeczywistość okraszona pozytywnym morałem.

W świecie filmowych osłów mamy też polski akcent. To całkiem nowy, bo pochodzący z 2022 roku film "Io" w reżyserii Jerzego Skolimowskiego. Bywa on określany mianem rodzimej odpowiedzi na "Na los szczęścia, Baltazarze!". Rychło w czas. W filmie tym osioł wciela się w tak zwany towar przechodni. Zmienia bowiem co rusz właścicieli. Jest to w zasadzie film drogi, w którym losy zwierzęcia powiązane są z ludzkimi bohaterami. I tym, i tym się nie wiedzie. Można także odnaleźć w produkcji wątki proekologiczne. Ogólnie jednak obraz ten nie jest przeznaczony dla szerszej publiki przez swój symbolizm i metafizyczność. Innym filmem, o jakim wypada wspomnieć, jest bułgarska "Oślica" z 2021 roku. Nie wiedziałem nawet, że w Bułgarii ktoś jeszcze kręci filmy. Okazuje się, że jednak tak. "Oślica" to wprawdzie dzieło krótkometrażowe, lecz konkretne. Opowiada o pewnym emerycie żyjącym na wsi, który jest blisko związany swoją oślicą. Dzięki niej nie czuje się nie tak samotny. Od razu przypomina mi się historia z 1994 roku, gdy świat obiegła wiadomość, iż pewien Bułgar nazwał swojego osła Stoiczkow na cześć słynnego Bułgara, by kilka lat potem go zastrzelić. Tutaj nie ma takich drastycznych wydarzeń, chociaż całość kończy się zgonem bohatera po tym, jak zmuszony jest sprzedać zwierzaka. Obraz tym samym ukazuje, jak wielką moc ma siła przyzwyczajenia, która potrafi trzymać ludzi przy życiu przez lata.

Mało kto wie, ale w kinie istnieją także złowrogie osły. Tak zwane osły apokalipsy. Z takimi mamy do czynienia w filmie tytuł. Ten niskobudżetowy horror opowiada o pewnej masakrze grupy przyjaciół na pustyni. Zanim jednak do niej dochodzi, drogę zagradzają im właśnie osły, które się patrzą. Jest to dziwny moment i swoisty zły omen będący zapowiedzią przyszłych mrocznych wydarzeń. Na koniec zostawiłem najlepszy moim zdaniem obraz z udziałem osła, a mianowicie jugosłowiański dokument z 1977 roku "Oglav". Z tego, co wiem, słowo to oznacza uprząż i rzeczywiście odgrywa ona w nim znaczącą rolę. Bohaterem 10-minutowego filmu jest pewien osioł, którego jedynym zadaniem jest chodzenie cały dzień w kółko. I to w zasadzie cała fabuła. Osioł chodzi, słońce grzeje, osioł ma na wyciągnięcie kopyta wodę ze studni, ale nie może się sam napić. Na koniec ląduje na kamienistej wyspie otoczony wodą, której też nie może się napić. Film można odczytywać jako metaforę życia, w którym jesteśmy niczym niewolnicy na galerze. Wokół nas dobrobyt, ale my nie możemy z niego korzystać. Ludzie są niczym ten osioł zakuty w dyby, zmuszeni do wykonywania bezsensownej pracy jak w jakimś piekielnym kieracie.

poniedziałek, 24 lutego 2025

TOP 10: Komedie

Stworzenie listy 10 najlepszych komedii jest właściwie niemożliwe. Każdy na bowiem inny gust i. Inny humor. Jest to coś, co bardzo trudno zmierzyć. Jakimi kryteriami się kierować? Oczywiście są filmy popularne, które zapisały się w historii, ale nie ma chyba obrazu, który śmieszyły każdego. Mimo wszystko postanowiłem podjąć się tego trudnego zadania i stworzyć zestawienie top 10 komedii starając się przy tym uwzględnić różne rodzaje humoru. Na pewno wpływ na wybór miały jednak też moje osobiste preferencje, ale pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Komedie były swego czasu moimi ulubionymi gatunkiem, potem się to zmieniło i przerzuciłem się na pornosy. Nadal lubię jednak obejrzeć dobrą produkcję problem w tym, że coraz ich jakby mniej dlatego wciąż trzeba sięgać wstecz, co też ma odzwierciedlenie w moim rankingu.



10. Arszenik i stare koronki (1944)

Pierwsza pozycja na liście jest już wiekowa. Pochodzi bowiem z 1944 roku. A jest nią "Arszenik i stare koronki". Obraz można zaliczyć do klasyki gatunku, jak i kina w ogóle. Opowiada o dwóch staruszkach, które za pomocą tytułowego arszeniku uśmiercają samotnych, starszych panów. Proceder ten odkrywa ich wnuczek. Sprawę komplikuje także pojawienie się dwóch opryszków. Głównym atutem komedii jest doborowa obsada. Gwiazdą produkcji jest Cary Grant, który potwierdza swój komediowy talent. Podobnie jak Peter Lorre, który znany był bardziej z kina noir. Produkcja to kameralna pozycja utrzymana w teatralnym stylu, która umiejętnie łączy humor sytuacyjny ze słownym, napędzając spiralę śmiechu wraz z trwaniem seansu.


9. Wielka włóczęga (1966)


Ten film znałem najpierw z opowieści rodziców, którzy oboje byli fanami francuskich komików z dawnych lat. Od tego czasu oglądałem go nieraz i muszę przyznać, że rodzicielskie pochwały były uzasadnione. Obraz, który jest francusko-brytyjską koprodukcją łączy to, co najlepsze w humorze obu krajów. Show kradną oczywiście grający główne role Louis de Funes oraz Bourvil. Chociaż szczerze to moim zdaniem ten pierwszy zjada drugiego na śniadanie, to tworzą oni ogólnie udany ekranowy duet. Jest tu wiele kapitalnych gagów, a dominuje humor sytuacyjny. Nawet tak proste rzeczy, jak niedopasowane szkopskie hełmy potrafią tutaj śmieszyć, a wisienką na torcie jest niemiecka zabawa w skakanie na krzesłach podczas jakiejś esesmańskiej libacji.


8. Mój wujaszek (1958)

Kolejna francuska propozycja na liście to jeden z serii filmów Jacquesa Tati, a mianowicie "Mój wujaszek" o przygodach pana Hulot. Humor Tati'ego to coś, czego obecna publika raczej nie doświadcza. Nikt już nie stosuje bowiem jego patentów. Jego filmy były dość kameralne w odbiorze. Żarty natomiast były dyskretne. Nie wylewały się z ekranu, a były poukrywane w szczegółach. Ta swoista subtelność była wyznacznikiem obrazów przez niego reżyserowanych, w których grał też zresztą główną rolę. Nie jest to zdecydowanie humor tak ekspresyjny, jak w wykonaniu Louisa de Funesa, ale równie skuteczny. Jest to prawdziwa przeciwność ekstrawertyzmu wielu komików. Opiera się na ogólnym wizerunku świata, w którym człowiek jest ledwie trybikiem, a nawet prozaiczne sytuacje mogą być powodem do komicznych wydarzeń. Atutem Tati'ego jest to, że wykreował swój własny styl, co zwłaszcza w gatunku komedii jest bardzo cenne i warte docenienia. Można go śmiało określić mianem mistrza kinematografii, który niestety jak się zdaje, popadł już nieco w zapomnienie.


7. Tootsie (1982)

"Tootsie" to kolejny złoty patent na komedię, czyli przebierzmy faceta za kobietę i zobaczymy, co się stanie. Ten, kto widział ów film, wie jednak, że chodzi tu o coś znacznie więcej. Obraz powstał w burzliwych czasach dla przemian kulturowych, kiedy to kobiety po raz drugi przypomniały sobie, że coś jest nie tak ze światem. Film opowiada o aktorze, który nie mogąc znaleźć pracy jako mężczyzna, przebiera się za kobietę i dostaje angaż jako aktorka. Ta przewrotka fabuła stanowi społeczny komentarz na temat ról obu płci we współczesnym świecie. Łączy zatem starą dobrą komedię pomyłek ze świeżym wnikliwym, spojrzeniem na temat patriarchatu, seksizmu oraz ogólnie pojmowanej ludzkiej niedoli. Wszystko to jednak robi w sposób błyskotliwy oraz pełen energii, przez co nawet po latach trzyma fason tak jak główna bohaterka. Zaleta produkcji jest na pewno aktorstwo Dustina Hoffmana oraz niepozorny epizod Billa Murraya.


6. Dzień na wyścigach (1937)

Na liście komedii wszechczasów nie powinno zabraknąć jakiejś produkcji od słynnych braci Marx. To trio nakręciło wiele znanych filmów, ja jednak postanowiłem wyróżnić jeden z ich największych hitów, czyli "Dzień na wyścigach", ponieważ jest to wielce udane dzieło. Przede wszystkim zawiera wszystkie elementy charakterystyczne dla rodziny komików. Groucho gra wygadanego oszusta, który rzuca żartami jak z rękawa. Humor fizyczny zaś to jak zwykle domena Harpo i Chico. Film zawiera wiele najsłynniejszych gagów oraz skeczy wplecionych umiejętnie w fabułę. Wyróżnić wśród nich można, chociażby scenę sprzedawania książek lub też szalone badanie lekarskie, które przeradza się w jeden wielki kontrolowany chaos. Ponieważ "Dzień na wyścigach" to obraz z braćmi Marx nie może w nim zabraknąć muzycznych numerów, a także wirtuozerskich popisów Harpo na harfie, zaś jego solo na fortepianie to wciąż jedna z najśmieszniejszych slapstikowych sekwencji w historii utrzymana w kreskówkowym stylu. "Dzień na wyścigach" to absolutna klasyka i pozycja obowiązkowa dla każdego kinomaniaka. 


5. Producenci (1967)

Mel Brooks to jeden z bardziej znanych twórców komedii zza oceanu. Muszę przyznać, że nie wszystkie jego dzieła mnie bawiły, ale jest parę takich, które na pewno spełniały ten cel. Wśród nich wyróżnić muszę przede wszystkim powstały w 1978 roku producentów. Obraz opowiada o dwóch znajomych, którzy postanawiają wystawić na Broadwayu sztukę, która ma stać się totalna klapa w celu wzbogacenia się. Dwóch szachrajów zagrało tu Zero Mostel i Gene Wilder, a więc mistrzowie komicznego fachu. Pamiętam jak dziś, że oglądając film z całą rodziną, tarzaliśmy się wręcz ze śmiechu po podłodze, oglądając finałowe przedstawienie. Film posiada jednak wiele więcej świetnych momentów określonych przez Amerykanów terminem comedy gold. Producenci to barwna i inteligentna komedia, której głównym atutem jest pomysłowy scenariusz. W rękach odpowiednich ludzi przeradza się w prawdziwe gatunkowe złoto.


4. Dyktator (1940)

Lista najlepszych komedii nie może się obejść bez Charliego Chaplina. To jedno z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk w świecie kina. Sławę zdobył dzięki swym niemym produkcjom pełnym karkołomnych i pamiętnych gagów. Chaplin był jednak uniwersalnym twórca i poradził sobie także, gdy nastał czas filmów mówionych. Jego bodajże największym osiągnięciem w tej materii był dyktator z 1936 roku. Wiemy dobrze, na kogo to miała być parodia, więc nie będę rzucał tu nazwiskami. Napiszę tylko, że jest to świetna produkcja, która idealnie miesza humor z poważnym przesłaniem. Wielu ludzi było mądrych po szkodzie, a Charlie wyczul pismo nosem już dużo wcześniej. A jego pamiętna przemowa to jeden z najbardziej imponujących monologów w dziejach. Inna ikoniczna i wielce symboliczną sceną jest żonglowanie globusem. Taka zabawa światem rzadko kiedy kończy się dobrze, o czym przestrzegał zawczasu amerykański komik.


3. Pół żartem, pół serio (1959)

Faceci przebrani za baby - to musi być hit. I zaiste był. Na szczęście humor nie ogranicza się tu do mężczyzn biegających w damskich fatałaszkach, chociaż trzeba przyznać, że to chyba najbardziej znany i zacny film z tego nurtu. Jego główną zaletą jest świetna obsada z Marylin Monroe, Jackiem Lemonem oraz Tonym Curtisem na czele. Dzięki nim głównie obraz stał się prawdziwym klasykiem kina. Osobiście nigdy nie przepadałem za postacią stworzoną przez Curtisa, ponieważ uważałem go za zwykłego cwaniaka, a cwaniactwa nie toleruję zwłaszcza w kontaktach damsko-męskich. Mimo to można przymknąć na to oko, bo jednak całościowo film się broni i wciąż może służyć za świetna rozrywka dla całej rodziny, a przede wszystkim dla fanów starego, dobrego Hollywood.


2. Sens życia wg Monty Pythona (1983)

Grupa Monty Pythona jest uważana przez wielu ludzi za szczyt szczytów dobrego humoru. Nie mogło zatem zabraknąć czegoś z ich repertuaru w moim zestawieniu. Wybór padł na "Sens życia", a nie inne bardziej spójne dzieła pełnometrażowe, ponieważ forma krótkich skeczy bardziej przypomina oryginalny serial i jest idealna dla tej formy żartów. Nie będę tu analizował humoru Pythonów, bo to mija się z celem. Absurd jest trudny do zdefiniowania. Na przykład dla mojego ojca abstrakcja były rozwiązane sznurówki. Albo go łapiesz, albo nie. Jest też grupa ludzi, którzy w ogóle nie uważają twórczości Brytoli za śmieszny. Z takimi osobami raczej się całkowicie nie dogadam. Mogę jedynie jeszcze dodać, że często fantazjuję o tym, że żyję w świecie takim, jak jest ukazany w skeczach Pythonów. Ludzie powinni chodzić po ulicach na czworakach i szczekać. Przynajmniej niektórzy.


1. Pogromcy duchów (1984)

Lata 80. to złoty okres dla amerykańskiej komedii. Powstało wtedy wiele ikonicznych do dzisiaj tytułów. Miało to związek ze szczytem kariery wielu aktorów typu Bill Murray, Dan Aykroyd, Chevy Chase czy Eddie Murphy. Dwóch z nich zagrało w dziele, które jest moim zdaniem obrazem kumulującym wszystko, co najlepsze w tej dekadzie, a mianowicie "Pogromcy duchów". Chodzi mi tu o pierwsza część ich przygód. Myślę, że nie ma co tutaj streszczać fabuły. Jest ona zawarta w tytule. Warto za to skupić się na umiejętnym wykorzystaniu talentów grupy ludzi do stworzenia filmu, który stał się klasykiem i jest nim do dziś. Jest to wręcz niedościgniony wzór, o czym świadczą nieudane próby wskrzeszenia franczyzy po kilkudziesięciu latach. Siła oryginalnych "Pogromców duchów" była chemia między aktorami oraz niesamowita atmosfera przygody, humoru i ogólnie tamtejszej epoki, która zdawała się bardziej beztroska. Są też pamiętne teksty. Ja do dziś, gdy ktoś się spyta, czy jestem Bogiem, odpowiadam, że tak.

wtorek, 4 lutego 2025

Luźne gatki - Polak potrafi

Niedawno do polskich kin wszedł film "Simona Kossak". Jest to produkcja z rodzaju tych biograficznych, która opowiada o losach nomen omen Simony Kossak. Nie widziałem jeszcze tego dzieła, ale sam pomysł nakręcenia filmu o życiu polskiej badaczki również parę lat temu zakiełkował mi w głowie. Uważam, że jeśli mam kręcić filmy o znanych Polakach to nie powinniśmy się ograniczać do tych najbardziej znanych jak Piłsudski, Chopin, Kościuszko czy pomysłowy Dobromir. Są ludzie zapomniani przez historię, którzy zasługują jednak na przywrócenie pamięci o nich, a to z uwagi, na jakich rzeczy dokonywali. Oto małe zestawienie kilku nazwisk, o których mogłyby powstać ciekawe filmy biograficzne.




IRENA PÓŁTORAK

Jeżdżąc prawie codziennie autobusem do Katowic przez Sosnowiec, mijam pewne rondo. Jest to całkowicie zwyczajne rondo, które wyróżnia się jedynie nazwą. A brzmi ono rondo imienia Ireny Półtorak. Przyznam szczerze, że nie wiedziałem, kim ta pani jest i nie interesowało mnie to zbytnio. Do czasu aż nie spostrzegłem, że na tablicy obok jej nazwiska znajduje się symbol piłki. Chodzi o tę tradycyjną, popularną "biedronkę" czyli piłkę do kopania. Od razu wzbudziło to moją ciekawość. Czemu jakaś kobieta jest kojarzona z tym przedmiotem? Krótki research wykazał, że Irena Półtorak to pionierka piłki kobiecej w Polsce. Działała głównie w rejonie Sosnowca w czasach gdy w kraju nikt nie słyszał nawet o kobiecej piłce. Nie było Ewy Pajor, czy seriali popularnych o piłkarkach. Pani Irena założyła tymczasem pierwszy żeński klub w Polsce "Czarni Sosnowiec". Film o niej powinien być ciekawa pozycja dla kibiców, który mógłby wzmocnić jeszcze bardziej ową rozwijającą się wciąż odmianę dyscypliny sportu.


JACEK KARPIŃSKI

Jacek Karpiński był polskim inżynierem oraz kombatantem. W czasie wojny działał pod pseudonimem "Mały Jacek" w podziemiu, za co został wielokrotnie odznaczony. Jego główne zasługi leżą jednak w rejonach osiągnięć z pogranicza cyfryzacji. Wśród jego wynalazków znalazły się między innymi minikomputer K-202, perceptron, maszynę do długoterminowych prognoz pogody, robota sterowanego głosem, czy pen-readera. Urządzenia te jak na swoje czasy były pionierskie, wyprzedzając stan ówczesny o kilka lat. Niestety nie zrobił nigdy takiej kariery, jak by mógł z uwagi na przeszłość. Władze PRL nie były mu przychylne go i zwłaszcza w latach 70. wielokrotnie torpedowały i blokowały rozwój Karpińskiego. Był nawet zmuszony do emigracji oraz hodowli drobiu, by jakoś przeżyć. Nazywany "polskim Gates'em" lub "polskim Steve’em Jobbsem" na pewno stanowiłby bardzo ciekawy temat do zekranizowania. Dodając jego bogaty oraz barwny życiorys, jest szansa, że film o nim wzbudziły zainteresowanie współczesnej widowni.


STANISŁAW SKALSKI

Z tym panem jestem związany przez kasę zapomogową. Dokładnie to jest w moim mieście jego ulica. Skalski był lotnikiem, ponoć jednym z najlepszych. Walczył oczywiście w bitwie o Anglię, jak również w innych kampaniach. Jest autorem największej liczby zestrzeleń wrogich maszyn wśród polskich pilotów, przez co zasłużył sobie na miano asa myśliwskiego. W ostatnich latach powstały dwa filmy o Dywizjonie 303, więc temat jest powszechnie znany i przerobiony. Mowa tu jednak o obrazie dotyczącym jednej osoby. Warunek jest jednak jeden. Nie może to być kolejny tani chwyt odwołujący się do niskich instynktów, na który pójdą szkoły więc i tak się zwróci. Film nie powinien być utrzymany w stylistyce telewizyjnego paradokumentu pomieszanego z tanim romansidłem. Potrzebny też byłby charyzmatyczny aktor, a nie jakiś wymuskany dandys, o co jednak w obecnej rzeczywistości byłoby raczej trudno.


STANISŁAW SKARŻYŃSKI

Kolejny pilot w zestawieniu, który wsławił się jednak bardziej dokonaniami poza wojskowymi. Jego moment największej chwały przypadł na rok 1933, kiedy to jako pierwszy Polak pokonał w samotnym locie Atlantyk. Był to zarazem światowy rekord odległości lotu. Za wyczyn ten otrzymał od Międzynarodowej Federacji Lotniczej specjalny medal. Cała podróż nieco ponad 20 godzin, a pokonany dystans wynosił 3582 km. Wyczynu tego dokonał na polskiej maszynie RWD-5, a ciekawostką jest fakt, że przez cały lot ubrany był w garnitur, a nie kombinezon pilota. Intrygującym pomysłem byłoby nakręcenie filmu, który w całości dokumentowałby owe 20 godzin w powietrzu. Osobiście lubię takie kinowe eksperymenty, a ten na pewno byłby ciekawym wyzwaniem i specyficznym filmem drogi. Coś à la "Locke" z 2013 roku. Produkcja mogłaby być zapisem myśli i emocji bohatera w obliczu wielkiego wyczynu, ale także wszechogarniającego bezmiaru wody.


FERDYNAND OSSENDOWSKI

O ostatnim przykładzie dowiedziałem się z radia. Słuchałem kiedyś audycji Nautilus, w której poruszano akurat kwestię legendarnego, podziemnego miasta Agharty. Jako poszlakę w poszukiwaniu owej mitycznej lokacji podano książkę autorstwa Ferdynanda Ossendowskiego "Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów". Autor miał usłyszeć o owej krainie, która rzekomo znajduje się na terenach Indii bądź Afganistanu podczas pobytu w Mongolii. Pamiętam, że historia ta mocno rozpaliła moją wyobraźnię. Dzisiaj jestem już bardziej sceptyczny, lecz nadal widzę w zekranizowaniu podróży polskiego pisarza spory potencjał. Twórczość Ossendowskiego z uwagi na krytykę komunizmu była po wojnie zakazana. Dlatego też dołączył on do grona rodaków bardziej znanych za granicą niż w kraju. Z tego, co wiem, to jedynie dzieła Henryka Sienkiewicza cieszyły się większą poczytnością na świecie. Ossendowski odbył wiele podróży, zwłaszcza po Azji i na tym ewentualny twórca jego biografii mógłby się skupić, nawet koloryzując nieco postać Ossendowskiego i tworząc coś w rodzaju polskiego Indiany Jonesa. Jeśli plan taki byłby odpowiednio wykonany, nie miałbym nic przeciwko takiemu ubarwieniu.

piątek, 29 listopada 2024

Luźne gatki - bohaterowie, z którymi się identyfikuję

Co decyduje o tym, że dany film przypada nam do gustu? Czynników może być wiele. Wciągająca fabuła, emocje, ścieżka dźwiękowa lub urzekające kadry to tylko niektóre z powodów. Jest jednak jeszcze jedna cecha, która być może jest ważniejsza od innych. Przynajmniej dla części widzów, do których prawdopodobnie się zaliczam. Chodzi konkretnie o identyfikowanie się z głównym bohaterem opowieści. Ewentualnie można również identyfikować się także z jakąś postacią drugoplanową albo z antagonistą danego filmu. Wybór jest szeroki. Jakiś czas temu doszedłem do wniosku, że właśnie ten aspekt produkcji ma decydujące znaczenie dla mojego lubienia lub nielubienia jakiegoś dzieła. Myślę, że jest to dość powszechne zjawisko nie tylko w świecie kina, ale też książki czy nawet muzyki. Historia bardziej do nas dociera, gdy potrafimy wczuć się w świat wewnętrznych przeżyć bohatera i czujemy z nim rodzaj jedności. Skłoniło mnie to do stworzenia małego zestawienia postaci, z którymi najbardziej mi po drodze.


TRAVIS BICKLE

Pierwszym i chyba najstarszym przykładem jest bohater kultowego dzieła Martina Scorsese z 1976 roku "Taksówkarz". W rolę te wcielił się Robert de Niro i jest to jeden z bardziej udanych przypadków współpracy obu artystów. Film opowiada o młodym weteranie wojny wietnamskiej, która cierpi na bezsenność. Aby zrobić coś, czasem zatrudnia się jako taksówkarz w nowojorskiej korporacji. Dzięki temu mamy możliwość zobaczenia jego oczami mroczną stronę miasta, którego ulice pełne są brudu oraz typów spod ciemnej gwiazdy. Travis czuje, że nie pasuje do tego świata, będąc chodzącą definicją alienacji. Prowadzi go to na drogę brutalnej przemocy skierowanej w domniemanych wrogów. Elementem łączącym mnie z Travisem jest przede wszystkim samotność oraz towarzyszące jej wszechogarniające poczucie pustki. Od dziecka czułem się jak wyrzutek który nigdzie nie pasuje. Nigdy nie przynależałem do żadnej grupy. Tak jest do teraz. W tłumie ludzi chodzę sam. Tak jak Bickle jestem niemym obserwatorem wydarzeń. Od ludzi oddziela mnie jakby szklany klosz, przez który nie mogę się przebić. Pogrążony we własnych obsesyjnych myślach zmuszony jestem patrzeć na cudze szczęście z poczuciem, że sam nigdy go nie zaznam. W głowie zaś roją mi się coraz bardziej oderwane od rzeczywistości pomysły. Tak jak Travis nie umiem w interakcje, a społeczne zwyczaje wzbudzają mój niepokój i odrazę. Wzrasta we mnie niechęć do gatunku ludzkiego oraz ekstremistyczne nastroje. Wątpię oczywiście, żebym kiedyś zaczął strzelać do ludzi, ale w pełni rozumiem motywację protagonisty "Taksówkarza", który był w istocie dzikim zwierzęciem zamkniętym w klatce czekającym jedynie na jakiś punkt zapalny.


PUŁKOWNIK WALTER E. KURTZ

Drugim bohaterem jest pułkownik Kurtz, a więc główny antagonista filmu "Czas apokalipsy" Francisa Forda Coppoli. Kiedyś mój stosunek do niego był raczej obojętny, ale z biegiem lat zauważam, że coraz bliżej mi do niego oraz jego rewolucyjnych pomysłów i rozwiązań. Kurtz w filmie jest amerykańskim dowódcą, który według jego przełożonych stracił rozum ponieważ zorganizował w głębokiej dżungli swojego rodzaju państwo w państwie. Jego mieszkańcami, są byli podopieczni, oraz grupa tubylców, którzy traktują go niemal jak Boga. Na Kurtza zostaje zatem wydany wyrok, a jego wykonanie powierzono kapitanowi Willardowi. Tak po krótce przedstawia się fabuła dzieła. W rolę wyklętego pułkownika wcielił się Marlon Brando i jest to jedna z jego bardziej pamiętnych ról. Stworzył on obraz człowieka złamanego przez okoliczności. Silnego, ale jednocześnie też wrażliwego. Jego spowite w półmroku oblicze stało się symbolem szaleństwa. Dla niektórych jest to także uosobienie zła. Ja się bym jednak z tym nie zgodził. Kurtz jest produktem władzy, której służył. A że w wyniku tego mu odwaliło to już inna kwestia. To, co przemawia do mnie w tej postaci to spokój i monologi. Są to prawdziwe aktorskie popisy, w których udało się niejako uchwycić dokładny moment popadania w obłęd. Cedzone przez Brando słowa nie pozostawiają złudzeń. Są jak litania wariata, w której można jednak odnaleźć jakaś pokręcona metodę. To człowiek, z którym się nie rozmawia, lecz którego się słucha.


GUSTAV VON ASCHENBACH

Kolejną postacią, jaką chciałbym wymienić, jest Gustav von Aschenbach, czyli główny bohater słynnego filmu o facecie w łódce. Chodzi oczywiście o "Śmierć w Wenecji". Jest to opowieść o dojrzałym mężczyźnie po przejściach, który udaje się do Wenecji w ramach kuracji. Na miejscu spotyka pewną polską rodzinę, w skład której wchodzi także nastoletni Tadzio. Gustav obdarza go silną sympatią, nie może jednak tego okazać ze względu na strach i brak zdecydowania. Jedyne, na co go stać to fantazje o tym, jak podchodzi do niego i się wita. Ostatecznie bohater umiera z żałości na plaży. Pierwszy raz obejrzałem "Śmierć w Wenecji" w publicznej tv pewnej nocy. TVP zawsze puszczała najciekawsze filmy w nocy tak, żeby ich nikt przypadkiem nie obejrzał. Znajdowałem się wtedy w specyficznej sytuacji. Byłem bowiem zauroczony pewną osobą, lecz podobnie jak von Aschenbach nie potrafiłem wykonać żadnego kroku, by chociaż z nią porozmawiać. Długo mnie to trzymało i przeżywałem prawdziwe katusze. Podobnie jak filmowy Gustav. Nic zatem dziwnego, że postać ta zawsze była mi bliska. Obaj byliśmy bezradni w obliczu uczucia, skrępowani przez własną nieśmiałość, wewnętrzne blokady i irracjonalny lęk. Skazani na porażkę w konfrontacji z brutalną rzeczywistością. 


WILLIAM "D-FENS" FOSTER

Każdy musi zadać sobie pytanie "Wo liegen die Grenzen?". Czyli gdzie leżą granice, a dokładnie chodzi o jego granice. O granice jego wytrzymałości psychicznej. Czasem nawet bardzo opanowana osoba w końcu pęka. Taką właśnie sytuację ukazuje film reżysera Joela Schumachera "Upadek" z Michałem Douglasem w roli głównej. Obraz opowiada o dniu z życia pewnego typowego zjadacza chleba. Jest to spokojny człowiek, nie wadzi nikomu, codziennie jeździ tą samą drogą do pracy. Jest poddany silnemu stresowi, ale nie okazuje tego. Do czasu. Pewnego ranka nie wytrzymuje, stojąc w korku. Nie wytrzymuje, wysiada z auta i rusza na miasto. Jego spacer szybko przeradza się w chaotyczną podróż znaczoną przemocą i zniszczeniem. William, bo tak nazywa się nasz bohater to człowiek, z którym identyfikować się może wielu. Może nawet większość. Wielu ludzi przecież ma pracę, której nie znosi i życie jakiego nienawidzi. Są zmuszani do wykonywania szeregu czynności, które stoją w sprzeczności z ich naturą. System wykręca im ręce i każe pracować. Noszą w sobie spory ładunek złości. Oczywiście nie każdy z nich zaczyna strzelać do ludzi na ulicy, ale niejeden ma pewnie ochotę rzucić to wszystko i zniknąć. Ja na pewno tak się czuję, dlatego też umieszczam Williama na liście. Ponoć gniew to dar, ale nie jest niczym przyjemnym tłumienie w sobie latami negatywnych emocji. Wściekłość towarzyszy mi cały czas, nawet gdy śpię albo się śmieję. I tak też musiał się czuć bohater "Upadku".


TERMINATOR


Terminator to jedna z najbardziej ikonicznych postaci nurtu sci-fi i kina w ogóle. Słynny elektroniczny morderca wszedł już na stałe do kanonu kina, stając się popkulturowym fenomenem. Mimo że seria doczekała się już kilku odsłon, to dla mnie jednak najlepszą wersją pozostaje ta oryginalna stworzona przez Jamesa Camerona w 1984. Terminator Arnolda pozostaje punktem odniesienia i wzorem, do którego porównywane będę wszystkie pozostałe wcielenia. Pora zatem na kolejny szwarccharakter w moim zestawieniu. Postać wykreowana przez Arnolda to wręcz uosobienie zimnej jak stal i odczłowieczonej, bezwzględnej siły. Budzi respekt i powszechny strach głównie dlatego, że nie można do niego w żaden sposób dotrzeć. Jest nieludzką maszyną stworzoną do zabijania bez mrugnięcia okiem. Te właśnie cechy decydują o tym, że czuje do niego taki sentyment. Również bowiem chciałbym budzić respekt samym wyglądem, być chłodnym, opanowanym i nie ulegać emocjom. Chciałbym też być w stanie raz za razem się podnosić, nawet gdy ktoś wpakuje we mnie cały magazynek. Takich właśnie cech pożądam wśród bliskich i znajomych.


GRENDEL


Nie ukrywam, że nie czuje się komfortowo we własnym ciele. Nie chodzi o sam wygląd, ale ogólny dyskomfort, jaki niesie ze sobą posiadanie fizycznej postaci. Chciałbym posiadać więcej siły i sprawności. Nieraz powtarzam, że fajnie by było być potworem o nadludzkiej sile. A gdzie szukać lepszego miejsca dla takiego monstrum niż w staroangielskim poemacie "Beowulf". Jego tytułowy bohater jest herosem i słynnym wojownikiem, który pokonywał niejednego stwora. Ostatecznie na jego drodze staje najpotężniejszy z nich, czyli Grendel, ojciec wszystkich potworów. Beowulf stacza z nim morderczy boj, z którego wychodzi zwycięsko. Ponieważ jednak jestem Polakiem i lubię bohaterskie porażki, to z tej pary właśnie Grendel jest moim ulubieńcem. Moja fascynacja nim i jego możliwościami zaczęła się po seansie "Beowulfa" z 2007 roku. Animacja ta jest chyba najbardziej wierną i widowiskową ekranizacją eposu. Przedstawiony w niej Grendel jest tak naprawdę spokojną istotą, która nie szuka zwady. Ponieważ jednak ludzie nie są w stanie uszanować jego prawa do prywatności i przeszkadzają mu ciągłymi libacjami, zmuszony jest wybrać się do nich osobiście i wyperswadować parę rzeczy. Jak mówi stare przysłowie, kto nie słucha, musi poczuć. Grendel ma ogromną moc w łapach i nawet niedźwiedź nie jest mu straszny. A co dopiero zwykli śmiertelnicy, którymi rzucał jak szmacianymi lalkami. Szybko zatem robi porządek z imprezowiczami. Identyfikuję się z tą postacią, ponieważ także cenię sobie święty spokój i nie lubię, gdy ludzie zachowują się tak, jakby byli sami na świecie. Słowa te zawsze powtarzała moja mama, która również nie lubiła obcych. Normalnym jest nie lubić nieznajomych, po co tu przychodzą, do kurwy nędzy nic tu po nich. Grendel to swego rodzaju moje zwierzę duchowe, ponieważ gruchotanie kości i miażdżenie czaszek to zajęcie, które wydaje się dawać całkiem sporo frajdy.


HYENASWINE


Nieraz powtarzam, że nie jestem człowiekiem. Czuje się bardziej niczym jakieś dzikie zwierzę zamknięte w klatce. Nie powinno zatem dziwić, że bardzo przypadła mi do gustu postać pochodząca z filmowej adaptacji książki H.G. Wellsa "Wyspa doktora Moreau" z 1996 roku. Jej fabuła opowiada o rozbitku, który trafia na tajemniczą wyspę. Okazuje się, że zamieszkujący ja naukowiec przeprowadza szalone eksperymenty mające na celu tworzenie ludzko-zwierzęcych hybryd. Jedną z nich jest Hyena-Swine, czyli po polsku Człowiek-hiena. I on właśnie zalicza się do moich faworytów. Przede wszystkim podoba mi się jego luźna stylowa. Odziany tylko w żołnierskie spodnie chodzi, kuśtykając. Ja również jestem zwolennikiem wygody oraz lubię czasem chodzić w wynaturzony sposób. Hienoświnia odgrywa ważną rolę w tej opowieści, jest bowiem pierwszą kreaturą, która usuwa sobie z ciała kontrolujący chip. To właśnie wówczas padają z jego pyska znamienne słowa "nie ma bólu, nie ma prawa". Nasz mutant staje się tym samym początkiem rewolucji, która wywraca ustalony na wyspie ład do góry nogami. Ja również czuje się sterowany i ograniczany, więc z chęcią pozbyłbym się z głowy takiego chipa, który zabrania mi żyć pełnią życia i cieszyć się dzikimi instynktami. Poza tym chciałbym chodzić po dworze półnago.


PINK


Większość ludzi, jeśli nie wszyscy, czują się niezrozumiani. Ja również się do nich zaliczam. I ponoć każdemu z nich wydaje się, że jest wyjątkiem, podczas gdy tego nieprzyjemnego stanu doświadcza prawie każdy. Filmem, który udanie portretuje stan odizolowania i właśnie braku zrozumienia jest dla mnie wizualne oraz muzyczne arcydzieło reżysera Alana Parkera "The Wall", którego fabuła opiera się na kompozycjach brytyjskiej grupy Pink Floyd. Przy okazji chciałbym zaznaczyć, że polskie tłumaczenie "Ściana" uważam za nie do końca udane. Lepiej brzmiałoby moim zdaniem "Mur". Nim właśnie otoczony jest główny bohater nazywany Pink. Śledzimy jego losy od dzieciństwa do dorosłości. Pink to gwiazda rocka, która spędza życie na walizkach, demolując kolejne hotelowe pokoje. Jego związek się rozpada, a on sam popada w coraz głębszy marazm, zobojętnienie i depresję. Procesowi temu towarzyszą działania autodestrukcyjne. Pomimo sławy, kobiet i pieniędzy Pink jest głęboko nieszczęśliwy. Czuje się przeraźliwie samotny w cynicznym i nieczułym świecie. Ludzie go otaczający w ogóle go nie znają, nic o nim nie wiedzą, nie mówiąc już o zrozumieniu. Żona go zdradza, a znajomi wykorzystują do własnych celów. Pink jest także rozczarowany stanem rzeczywistości, w której wszystko nastawione jest na zysk. Komercja przeżarła wszystko łącznie z czystymi i niewinnymi ludzkimi odruchami. Ponieważ mam podobne odczucia naturalną koleją rzeczy, od pierwszego seansu filmu, poczułem z bohaterem jakaś więź. Jeśli doda się do tego motyw dzieciństwa spędzonego bez ojca, to obraz naszego porozumienia zostaje uzupełniony.


UKRYTY


Na mojej liście znalazło się miejsce dla paru tak zwanych złych, czyli z angielskiego villianów. A z niemieckiego szwarzcharakterów. Nie inaczej jest w tym przypadku. W 1987 roku światło dzienne ujrzał pewien horror sci-fi produkcji USA. Nosi on tytuł "Ukryty". Jest to dziś już raczej zapomniany film, który jednak posiada spory potencjał i nadal dostarcza zacnej rozrywki. Jego główną gwiazdą jest młody jeszcze Kyle MacLachlan, lecz nas interesuje w tym przypadku jego ekranowy przeciwnik. Obraz wykorzystuje dobrze znany w gatunku motyw przejmowania ludzkich ciał przez intruza. Tym razem jest to kosmiczny rzezimieszek, który opanowuje kolejne osoby, by przy ich użyciu dokonywać różnorakich zbrodni. Byt upodobał sobie głównie napadanie na banki okraszone efektownymi pościgami w rytm metalowej muzyki. Seans otwiera właśnie sekwencja takich aktywności. Jest ona nakręcona w bardzo widowiskowy sposób. Ponieważ obcy ma świadomość, że w każdej chwili może zmienić nosiciela, nie dba o własne bezpieczeństwo, prując ulicami miasta i rozjeżdżając inwalidów na wózkach. Inaczej mówiąc, jest bad assem, który nie pęka w żadnej sytuacji. Śmiało podejmuje ryzyko, ryzykując życie, podczas gdy wiatr rozwiewa mu włosy. To właśnie ta pewność siebie i arogancja jest tym, co trafiło na podatny grunt w postaci mojej zaburzonej osobowości. Patrzę na poczynania obcego z pewną taką zazdrością. 


JANEK PRADERA


Na koniec przyszła pora na coś z krajowego podwórka. Jestem w końcu tym Polakiem i wypadałoby wspomnieć o jakiejś polskiej produkcji. I nie jest to byle jaka rzecz. W sumie to być może i bohater, z którym najsilniej się utożsamiam przynajmniej w pewnych momentach życia. Chodź mianowicie o Janka Ppradere, czyli głównego bohatera filmu "Siekierezada". Obraz ten powstał na podstawie powieści Edwarda Stachury, który również zajmuje ważne miejsce w moim sercu. Pradera to podobnie jak Stachura poeta wagabunda, który odczuwa silny ból istnienia. W poszukiwaniu sensu życia zatrudnia się na ścince drzew gdzieś na głębokiej prowincji. Na miejscu poznaje całą plejadę barwnych postaci, z którymi spędza czas, tocząc rozmowy mniej i bardziej poważne. Tym, co najbardziej podoba mi się w "Siekierezadzie", jest kontrast postaw, specyficzne zestawienie prostych ludzi z ich mądrościami i wrażliwego intelektualisty niemogącego się nigdzie wpasować. Tworzy to wiele humorystycznych dialogów i sytuacji, z których bije jednak jakaś głęboka mądrość. Sam Pradera również serwuje wiele sekwencji i przemyśleń, które nie zawsze zostają zrozumiane przez otoczenie. Jest to postać w ogólnym rozrachunku tragiczna, której przypadki potrafią jednocześnie podnieść na duchu. Pradera jest przyjacielem, którego nigdy nie miałem. Kimś z kim mógłbym toczyć rozmowy, grać w karty, pić i jeść ziemniaki z ogniska. Kimś, kto ma podobną energię, temperament, wrażliwość, poczucie humoru i nie ocenia, w pełni akceptując wszelkie ludzkie cechy. Dlatego właśnie jest to mój numer jeden, jeśli idzie o identyfikowanie się z filmowymi postaciami.

piątek, 4 października 2024

Polskie romkomy - Debilizm do kwadratu

"Debilizm do kwadratu" to tragedia romantyczna o prowadzącej podwójne szycie nauczycielce seksu oralnego Minecie. Pewnego dnia (podczas orgii zdjęciowej jako model Zenek) poznaje ona popularnego dewianta o imieniu Cazzo. Spotkanie to rozpoczyna zdesperowany stosunek, do którego nie przygotowała ich żadna masturbacja.



sobota, 10 sierpnia 2024

TOP 10: Koszykówka

Nie każdy o tym wie, ale w młodości byłem murzynem i grałem w koszykówkę. Wprawdzie głównie grzałem ławę, ale zaliczyłem kilka udanych akcji. Sport ten nigdy nie należał jednak do moich ulubionych. Nie lubiłem także być murzynem. Dlatego się wybieliłem i przerzuciłem na Heroes 3. Mimo to nadal śledzę najważniejsze rozgrywki, jak również nie są mi obce filmowe produkcje spod znaku dwóch koszy. W historii kina powstało bowiem całkiem sporo dzieł poświęconych koszykówce. Jeśli chodzi o produkcje z gatunku tych sportowych, koszykówka to obok boksu być może najczęściej ukazywana dyscyplina. Prym w tego typu obrazach wiodą Amerykanie. Nie powinno to dziwić, ponieważ w końcu to oni wymyślili ten sport, a do tego są w nim od lat światową potęgą. Obecnie trwają Letnie Igrzyska w Paryżu i USA po raz kolejny jest murowanym faworytem do zdobycia złotego medalu zarówno w rywalizacji mężczyzn, jak i kobiet. Ja szczerze im tego nie życzę, gdyż nie ma chyba w sporcie rzeczy, której bym bardziej nie znosił niż absolutna dominacja jednego zawodnika lub drużyny. Zabiera to urok całej zabawie i czyni ją nudną. Jedną z zalet sportu powinna być jego nieprzewidywalność, a w tym przypadku mamy do czynienia z zaprzeczeniem takiego zjawiska. Między innymi z okazji Olimpiady postanowiłem stworzyć listę TOP 10 filmów traktujących o koszykówce.



10. Król kosza 1994

Jednym z ciekawszych filmów z motywem koszykówki, na jakie udało mi się trafić, jest "Król kosza" z 1994 roku. Ten nieco już zapomniany film opowiada historię amerykańskiego skauta, który w poszukiwaniu nowych talentów udaje się do odległej Afryki. Tam w jednej z wiosek odkrywa Saleha. Chłopak ten odznaczający się imponującymi warunkami fizycznymi posiada także prawdziwie boską iskrę, jeśli chodzi o grę w kosza. Skaut Bacon postanawia, że wszelką cenę wywieźć go do USA gdzie dar młodzieńca mógłby zostać należycie oszlifowany. Jak to jednak w życiu bywa, nie jest to takie proste, a przed bohaterami piętrzą się trudności. Ostatecznie wszystko ma się zadecydować na drodze jednego meczu. Jedyną prawdziwą gwiazdą produkcji jest Kevin Bacon. Nie jest to na szczęście jedyny atut obrazu. Jest to całkiem udane połączenie komedii z filmem sportowym, który oferuje rozrywkę na przyzwoitym poziomie. Umieszczenie zaś akcji na czarnym lądzie dodaje mu tylko szczyptę egzotyki oraz dodaje oryginalności.


9. Nastoletni wilkołak 1985

Oryginalną mieszankę gatunkową stanowi obraz "Nastoletni wilkołak". Ten powstały w 1985 roku film z Michaelem J. Foxem w roli głównej może obecnie mienić się mianem prawdziwego klasyka. Jest to jedna z ikonicznych pozycji dekady, która obfitowała przecież w wiele pamiętnych tytułów. Bohaterem filmu jest nastolatek Scott. W tej roli oczywiście dorosły Fox. To znany hollywoodzki zabieg obsadzanie starych trepów w roli dzieci. Co więcej, na ekranie partneruje mu prawie 30-letnia babka, która również oczywiście gra uczennice. Inna ciekawa kwestia to fakt, że Lis zagrał Wilka. Scott jest zawodnikiem licealnej drużyny koszykówki, która jest beznadziejna. Pewnego dnia jednak wszystko się zmienia. Okazuje się, że chłopak jest podobnie jak jego ojciec wilkołakiem. Z początku Scott nie jest zachwycony, ale szybko przekonuje się, że wraz ze swoją nową, dziką postacią zdobywa również nadludzkich umiejętności sportowych. Staje się super atletą, który sam wygrywa mecze. Oprócz tego jednak nabiera także brzydkich manier, co staje się przyczyną nieporozumień z otoczeniem. Produkcję można określić jako dość lekką rozrywkę, która nie rzuca widzowi wielkiego wyzwania. Można jednak na upartego doszukać się w niej nieco głębi. Stawia ona bowiem pytania o własną tożsamość i wierność sobie. Rozważa, czy lepszy jest konformizm i spełnianie oczekiwań innych, by zyskać akceptację, czy raczej pozostanie do końca sobą, nawet jeśli wiązać się to może z utratą pewnych przywilejów towarzyskich. Z tego, co pamiętam, to postać wilkołaka wzbudzała kiedyś we mnie dyskomfort, a to dlatego, że bardziej przypomina on jakiegoś małpoluda, niż prawdziwego wilkołaka. Nie zachowuje się on z resztą, jak typowy przedstawiciel tego gatunku np. nie ma ochoty nikogo mordować. Dzieło reżysera to specyficzna mieszanka komedii filmu sportowego i teen dramy. Posiada także jakże urokliwy klimat amerykańskich przedmieść przed epidemią fentanylu.


8. Czarodziej z Harlemu 1988

Na mojej liście najlepszych filmów o koszykówce znalazło się również miejsce dla naszej rodzimej produkcji, co może być pewnym zaskoczeniem. Chodzi tu mianowicie o komedię z 1988 roku o wdzięcznym tytule "Czarodziej z Harlemu". Dekada lat 80. to płodny okres dla kinematografii, który nie stronił od eksperymentów i prób zaadaptowania na polski grunt popularnych zachodnich formatów. Jedną z takich prób jest właśnie obraz w reżyserii Pawła Karpińskiego. Tym nowym niespotykanym wcześniej elementem jest murzyn. W sumie to do dzisiaj pozostaje to jeden z nielicznych przykładów polskich filmów, w których główną rolę gra czarnoskóry aktor. Fabuła skupia się wokół koszykarskiego klubu Stal Tczew, który poszukuje wzmocnień. Dzięki kontaktom jednego z agentów udaje się zakontraktować do zespołu gracza wprost z Ameryki. Jest nim imię Abraham Lincoln. Jak się nietrudno domyślić po przyjeździe do Polski robi on furorę zarówno na parkiecie, jak i w lokalnej społeczności. Sprawy komplikują się, gdy o usługi utalentowanego zawodnika postanawia również zawalczyć odwieczny rywal drużyny Unia Olsztyn. "Czarodziej z Harlemu" to prosta komedia utrzymana w lekkim tonie, dla której kanwą była postać prawdziwego zawodnika Kenta Washingtona. Pochodzi z czasów, gdy widok czarnoskórej osoby na ulicy budził jeszcze sensację. Pamiętam dobrze jak przed studniówką, dziewczyny z klasy wzdychały ciężko, zazdroszcząc jednej z koleżanek, że jej partnerem podczas tej imprezy ma być murzyn, notabene zawodnik miejscowej drużyny koszykarskiej. Film z wyczuciem ukazuje te właśnie narodowe przywary, nie wychodząc poza bezpieczne ramy sympatycznej rozrywki. W mojej pamięci na pewno pozostaną charakterystyczne kreacje Bogdana Baera, Leszka Teleszyńskiego czy "Tulipana" Monczki oraz pamiętne powiedzonko "kto murzyna ma. dla tego murzyn gra", które dzisiaj prawdopodobnie by nie przeszło.


7. Kosmiczny mecz 1996

Tak się składa, że wiele filmów koszykarskich podchodzi również pod gatunek komedii. Widocznie reżyserzy jakoś tak to sobie wymyślili, że oba te rodzaje dzieł stanowią dobraną parę. I rzeczywiście trzeba przyznać, że jest to dość udane combo. Wiele było przykładów takiej kooperacji, ale jednym z chyba najbardziej udanych jest pochodzący z 1996 roku kinowy hit "Kosmiczny mecz". Film ten wyróżnia się oczywiście tym, że jest mieszanką kina aktorskiego z animacją, a niewątpliwym magnesem było wykorzystanie w nim bohaterów z popularnych kreskówek z serii Looney Tunes. Mamy tu zatem takie postacie jak Królik Bugs, Kaczor Daffy, Elmer Fudd, Lola, Tweety czy Yosemite Sam. Wszyscy oni zostają porwani przez złego właściciela upadającego kosmicznego lunaparku. Animki mają stać się jego nową atrakcją, co oznacza w praktyce, zostanie niewolnikiem. Nie godząc się na taki los, proponują one swojemu oprawcy mecz koszykówki, który miałby zadecydować o ich wolności. Kidnaper godzi się na to, lecz stosuje fortel i kradnie talent do gry kilku gwiazdom NBA i przekazuje je swoim graczom. Bugs wpada zatem na pomysł, by zwrócić się o pomoc do Michaela Jordana. Zostaje on przeniesiony do rysunkowego świata i mimo pierwotnej niechęci, zgadza się ostatecznie wziąć udział w meczu po stronie drużyny zwanej "Tune Squad”. Film okazał się sukcesem i do dzisiaj ogląda się go z przyjemnością. Animacja nadal trzyma poziom, płynnie współgrając z elementami aktorskimi. Postacie rysunkowe emanują tutaj swoją charyzmą, prezentując znane i charakterystyczne dla siebie cechy, które są tak bardzo lubiane przez fanów. Obsada "ludzka" również staje tu na wysokości zadania. Jordan wypada całkiem naturalnie, a towarzyszący mu na ekranie mistrzowie komedii tacy jak Bill Murray, budują barwne tło dla wydarzeń. "Kosmiczny mecz" wszedł na stałe do kanonu filmów dla całej rodziny, stając się prawdziwym klasykiem mieszaniny animacji i live-action.


6. Mistrzowski rzut 1986

"Hoosiers" z 1986 roku, nazwany u nas nie wiedzieć czemu "Mistrzowski rzut" to raczej typowa opowieść o koszykarskim trenerze. W rolę tą wciela się z powodzeniem Gene Hackman. Jego postać to uparty jak osioł i apodyktyczny coach, który ma swoje za uszami. Kiedyś ponoć wytarmosił jednego ze swoich graczy, bo ten zakwestionował jego autorytet. Gość ma ewidentnie problemy z kontrolowaniem gniewu i dlatego też posadę trenera może dostać jedynie na jakiejś amerykańskiej pipidówie. Jak jednak uczy hollywoodzki podręcznik sztuki filmowej, udaje mu się ze zbieraniny chłopków-roztropków stworzyć groźny team, który dociera daleko w stanowych rozgrywkach. Kluczowym momentem jest tutaj chwila, w której coach Hackman akceptuje sugestię jednego z graczy o innym, odmiennym od trenerskiego, rozegraniu decydującej akcji. Jest to symboliczne ukazanie przemiany, jaką przeszedł szkoleniowiec, który dzięki pobytowi na wsi, nauczył się słuchać innych i szanować ich zdanie. Film nie jest arcydziełem, lecz przeszedł do historii jako sztandarowe dzieło spod znaku "zły trener uczy się ufać". Jest to kino na przyzwoitym poziomie, któremu udało się uchwycić atmosferę amerykańskiej prowincji lat 50. Ciekawostką jest to, że obraz opiera się na prawdziwej historii oraz to, że jako jedna z nielicznych koszykarskich produkcji obchodzi się bez udziału Afroamerykańskich graczy.


5. Historia Earla "Kozła" Manigaulta 1996

"Historia Earla "Kozła" Manigaulta" to film, który przeszedł bez większego echa. Pewnie dlatego, że jest to film telewizyjny, wyprodukowany przez HBO. Warto jednak zwrócić na niego uwagę, ponieważ jest to kawałek przyzwoitego filmowego rzemiosła. Jak wiele dramatów sportowych opowiada on o losach prawdziwego człowieka, jakim był tytułowy Earl Manigault, zwany "Goatem". Po polsku znaczy to "Kozioł", lecz nie do końca jestem pewien czy takie właśnie było pierwotne znaczenie tego przydomka. W angielskim bowiem słowo GOAT to również skrót of Greatest of All Time, czyli najlepszy w historii. A Earl jest do dzisiaj za takiego uważany. Przynajmniej jeśli chodzi o koszykówkę uliczną. Nigdy nie zrobił on kariery na zawodowych parkietach i nie trafił do NBA. Dlatego uważany jest za najlepszego zawodnika, który nigdy nie zagrał w najlepszej lidze świata. Film przedstawia jego losy, od małego dziecka, przez czasy młodzieńcze, aż do dorosłości. Earl, jak wielu mu podobnych chłopaków z biednych dzielnic, nie miał łatwego życia. Nic zatem dziwnego, że szybko trafił w szpony narkotykowego nałogu. Sport był dla niego jedyną możliwością ucieczki i szansą na normalne życie. Mimo wzlotów i licznych upadków można powiedzieć, że w końcu wyszedł na swoje, chociaż na pewno mógł więcej osiągnąć, jeśli idzie o dokonania sportowe. W rolę Earla udanie wciela się Don Cheadle. Oprócz niego w obsadzie wyróżnia się Forest Whitaker, a partnerują im znani głównie z drugiego planu czarnoskórzy aktorzy, w tym reżyser filmu Eriq La Salle. Wszyscy oni gwarantują odpowiedni poziom aktorski. Produkcja jest rzetelnie zrealizowana i nie popada w telewizyjne schematy rodem z Hallmarku. Jest to raczej poziom HBO, które znane jest raczej z jakości. Filmową biografię Earla trudno zaliczyć do dzieł wybitnych, czy robiących różnicę, ale na pewno przedstawia sobą wartość jako inspirująca i szczera opowieść o człowieku walczącym całe życie z samym sobą.


4. Nad obręczą 1994

Osobna grupa filmów koszykarskich to te, które mieszają elementy sportowe z gangsterskimi. W końcu każdy szanujący się amerykański murzyn musi grać w kosza na ulicy i należeć do jakiegoś gangu. Jednym z przykładów takiego zabiegu jest "Nad obręczą". Jest to na pewno mniej znana pozycja niż dzieła, chociażby Spike'a Lee, ale na pewno zasługuje na uwagę. Dla niektórych atrakcją może być udział w filmie Tupaca w jednej z głównych ról. Gra on tu właściwie siebie, czyli drobnego cwaniaczka, który ledwo co odrośl od ziemi i już zaczyna chojraczyć. Dla mnie nie jest to atut, ponieważ nie jestem fanem tego osobnika. Na szczęście grana przez niego postać ostatecznie ginie. Wcześniej jednak sporo miesza, stosując wybitnie przemocowe techniki. Bohater filmu Kyle jest młodym koszykarzem, który ma nadzieję na uzyskanie stypendium na jednej z uczelni. Na drodze do kariery i normalnego życia stoją jednak ziomale z ulicy, którzy próbują go wkręcić w swoje brudne interesy. Zbliża się turniej ulicznej koszykówki, a młody Kyle nie wie, którą stronę obrać. Z pomocą przychodzi mu pewien doświadczony życiowo murzyn, który kręci z matką chłopaka. Ostatecznie dochodzi do konfrontacji na boisku, która ma tragiczny finał, ale na koniec wszystko kończy się happy endem. Mimo udziału wspomnianego Tuptaca to jednak właśnie obsada jest chyba największą zaletą produkcji. Wyróżnia się tu grający rolę zdystansowanego mentora Shepa aktor znany powszechnie jako Leon. Tworzy on na ekranie kreację człowieka pełnego spokoju i pokory, który roztacza wokół siebie specyficzną aurę respektu i godności. "Nad obręczą" to całkiem interesująca pozycja na mapie filmów koszykarskich, która umiejętnie łączy wątki sportowe, kryminalne i obyczajowe.


3. Biali nie potrafią skakać 1992

Jednym z moich ulubionych obrazów z koszykówką w tle jest bez wątpienia "Biali nie potrafią skakać". Dzieje się tak z kilku powodów. Pierwszym z nich jest wielce trafiony casting. Woody Harrelson i Wesley Snipes wcielający się w główne role to niezaprzeczalny atut tego filmu. Przede wszystkim czuć chemię między tymi dwoma aktorami, przez co ich ekranowe relacje nabierają wiarygodności, stając się jedynym w swoim rodzaju bromancem. Być może jest to nawet jeden z lepszych międzyrasowych tandemów w historii. Film to jedyna w swoim rodzaju komedia właściwie obyczajowa, która wiernie oddaje ducha ulicznych gierek na pieniądze. To właśnie swojski i beztroski klimat lat 90. jest tym, co zapada w pamięć w trakcie seansu. Produkcja wyróżnia się także sporym kolorytem i dystansem do samej siebie. Dzięki temu jest to film o dużym potencjale rozrywkowym. Taki, który bawi ucząc i vice versa. Posiada niemało sekwencji sportowych, które obfitują w efektowne zagrania. Jest to prawdziwa gratka dla fanów tego sportu. Obraz zabiera widza w nieco egzotyczny dla nas świat małych ojczyzn, w których wszyscy się znają. Pozwala obcować z obcą nam kulturą charakterystyczną dla ówczesnego czasu oraz lokalnych rewirów. Oprócz tego uczy też, że męska przyjaźń jest często więcej warta niż romantyczny związek z kobietą.


2. Drużyna asów 1994

"Drużyna asów" to kolejny film o koszykówce, którego polski tytuł jest durny i nijak ma się do oryginału, który brzmi "Blue Chips". Wiem, że może trudno było przetłumaczyć go na nasz język, ale najprostszym rozwiązaniem wydaje się zostawienie pierwotnej nazwy, w angielskiej pisowni. Obraz został wyreżyserowany nie przez byle kogo, bo samego Williama Friedkina, który nie jest raczej kojarzony z tematyką sportową. Każdy jednak szanujący się twórca powinien spróbować sił w różnych gatunkach. Friedkin spróbował i można powiedzieć, że nawet mu się udało. Produkcja ukazuje kulisy prowadzenia uniwersyteckiej drużyny koszykówki. Trener Pete Bell (Nick Nolte) ma za sobą słaby sezon. By poprawić wyniki, w kolejnym postanawia wzmocnić skład. Na oku ma trzech graczy, lecz problemem jest przekonanie ich oraz ich rodzin do wybrania jego właśnie uczelni. Bell stara się podchodzić do rekrutacji uczciwie, czyli nie oferować dóbr materialnych graczom. Niestety jest ostatecznie zmuszony do zastosowania tej praktyki. Ma z tego powodu jednak takiego kaca moralnego, że po pierwszym meczu nowego sezonu, podaje się do dymisji podczas pomeczowej konferencji prasowej. Przy okazji demaskuje władze uczelni, które stały za całym procederem. Film przedstawia bez owijania w bawełnę, niecne procedery i mechanizmy, jakie stosują amerykańskie uczelnie, w celu pozyskania perspektywicznych zawodników. Wszystko sprowadza się bowiem do zwykłego "kupowania" koszykarzy. Stoi to w sprzeczności ze statusem sportu akademickiego, który oficjalnie powinien być amatorski. Oferowanie pieniędzy za przyjście do danego uniwersytetu jest nielegalne, ale i tak jest powszechne, o czym wszyscy wiedzą. Obraz Friedkina jest zatem pewną formą krucjaty przeciwko temu choremu systemowi. Jak na dramat sportowy produkcja odznacza się niezłym aktorstwem, nie popada w patos, stara się utrzymać odpowiedni poziom dramaturgii i realizmu. Prym wiedzie tu oczywiście Nick Nolte, wcielający się w trenera-nerwusa, a na ekranie partnerują mu prawdziwe gwiazdy NBA w postaci Shaqa O'Neala i "Penny" Hardawaya. Tym, co jednak najbardziej wyróżnia "Drużynę asów" jest bardzo autentyczne odwzorowanie specyfiki pracy koszykarskiego coacha, wraz ze wszystkimi taktycznymi oraz praktycznymi wskazówkami, terminami i tajnikami. Pomaga w tym także wykorzystanie znanych z prawdziwych parkietów trenerów. Dzięki temu dzieło nabiera quasi dokumentalnego charakteru oraz staje się bardziej wiarygodne.


1. Gra o honor 1998

Spike Lee to zacny reżyser, który jest doceniany przez publikę, jak i krytyków. W zasadzie to bodaj jedyny czarnoskóry twórca, który przebił się mainstreamu. W dziełach swych udaje mu się łączyć swojskie, blokersie klimaty z oryginalnym stylem narracji i dozą artyzmu. Jednym z jego najwybitniejszych osiągnięć pozostaje nakręcony w 1996 roku obraz "Gra o honor". Opowiada on o pewnym skazańcu, który dostaje od władz szansę na złagodzenie wyroku. Musi jedynie namówić swojego syna, utalentowanego koszykarza, do wybrania lokalnej uczelni. Zostaje zwolniony z paki i rusza na miasto, żeby odnaleźć syna i wskazać mu jedyną słuszną drogę. Problem w tym, że synalek wcale nie chce słuchać rad ojca, co więcej darzy go szczerą niechęcią. Jest to zatem bardziej taki dramat rodzinny niż film stricte sportowy, ale koszykówka na pewno odgrywa tu ważną rolę. Stanowi element scalający rodzica z dzieckiem, przewijającym się przez całe ich wspólne relacje. Film jest utrzymany w brudnej tonacji. Ukazuje ciemną i brudną stronę nie tylko miejskiego życia, ale również zakulisowych intryg towarzyszących kaperowaniu młodych graczy przez różne uczelnie. W istocie oba światy to skorumpowane i zdeprawowane środowiska, w których trudno szukać uczciwych i prawych ludzi. Istotną niszę w tej rzeczywistości odgrywają także prostytutki. Nie jest to wesoła wizja, ale na pewno kawał porządnego kina obyczajowego.

czwartek, 1 sierpnia 2024

Luźne gatki - witajcie w nie mojej bajce

Jestem malkontentem. Zwłaszcza jeśli idzie o świat kina, to wiele rzeczy mi nie odpowiada. A części z nich całkowicie nie toleruje. Są wśród nich pewne gatunki filmowe, które postrzegam jako wyjątkowo ohydne. Powodują one we mnie mdłości oraz bóle kości. Niestety niektóre z nich są całkiem popularne, co tylko dowodzi bezguścia motłochu i braku elementarnej wiedzy o tym, co mi się podoba a co nie. Poniżej chciałem wyszczególnić te nurty w kinie, od których trzymam się z daleka, aby nie dostać kurwicy. Oczywiście nie wykluczam przy tym, że jest możliwe zrobienie dobrego obrazu w którejś z podanych kategorii. Niestety jednak najczęściej produkcję te skręcają w złym kierunku, będąc kopalnia krindżu, tandety domowych klisz i cukierkowego patosu.

Pierwszym rodzajem filmów, jakich nie znoszę, są komedie romantyczne. I to bez podziału na kraj. Komedie romantyczne z Polski mogą się bowiem różnic od tych indyjskich, czy amerykańskich. Rodzime rom-komy to z resztą temat na osobną rozprawę, ponieważ poziom żenady, jaki osiągają to zupełnie inna liga. Na blogu jest już nawet osobna kolumna im poświęcona, która jasno pokazuje mój stosunek do tego typu produkcji. Przyjęło się, nie wiem, czy słusznie, że romanse to filmy przeznaczone główne dla kobiet. Jeśli tak, to znaczy, że twórcy mają przedstawicielki tej płci za niezbyt rozgarnięte i infantylne osoby, które nabierają się na tanie chwyty emocjonalne i do tego są oderwane od rzeczywistości. Jednym z problemów komedii romantycznych jest fakt, że jak na rzekome komedie, nie są zbyt śmieszne. Albo ich humor jest umowny, stereotypowy, by nie powiedzieć prostacki. Rom-komy, podobnie jak filmy Disneya, zakłamują świat. Opierają się na powtarzanych od lat, wyświechtanych hasłach i toksycznych mitach. Wypełnione są kłamstwami dla niewolników, którzy wzdychają do nierealnych wzorców ukazanych w tego typu produkcjach. Ich bohaterami są zawsze piękni ludzie, których problemy w magiczny sposób same się rozwiązują. Uważam zatem, że rom-komy mają negatywny wpływ na ludzi, utwierdzając szkodliwe i często seksistowskie schematy.

Nigdy nie byłem fanem używek. Owszem, lubię czarną herbatę, ale bardzo długo nie piłem alkoholu, nigdy też nie paliłem, ani niczego nie brałem. Czułem jakąś taką wewnętrzną niechęć do tego typu aktywności. Nic zatem dziwnego, że również w świecie kina podobna tematyka nie należy do moich faworytów. Sporo powstało filmów o krótko mówiąc, ćpunach i ich przygodach. Niektóre z nich są całkiem znośne jak chociażby "Las Vegas Parano". Innym znanym przykładem jest też "Requiem dla snu", które konsekwentnie zdaje się polaryzować widzów. Mnie jednak produkcje poświęcone braniu narkotyków, nieważne czy na poważnie, czy na wesoło, zawsze męczyły. Nie czerpię żadnej przyjemności z patrzenia, jak ludzie staczają się na samo dno, chodzą brudni, śpią po dworcach, rzygają i telepią się na odwyku. Jeśli widziało się jeden taki obraz, to tak jakby widziało się wszystkie. Niestety bowiem mało który reżyser potrafi ukazać to zagadnienie w jakiś odmienny, oryginalny sposób. Wszystko sprowadza się do tych samych patentów, co jest mało zachęcające. Filmy o ćpunach nie przedstawiają dla mnie większej wartości, bo też nie mówią mi nic o moim życiu i nie mogę się z ich bohaterami identyfikować.

Kolejny rodzaj filmów, z którym mi nie po drodze to tak zwane kino szpiegowskie. Wydaje się, że kiedyś, za czasów zimnej wojny, było ono bardziej popularne. Obecnie nadal zdarzają się produkcje spod tego znaku, lecz istnieją jakby gdzieś z boku. Jedynie seria o najsłynniejszym szpiegu w historii, czyli Jamesie Bondzie wciąż wzbudza zainteresowanie widzów. Nigdy nie rozumiałem fenomenu tej postaci. Dla mnie przygody Bonda wydawały się zwyczajnie niepoważne, żeby nie powiedzieć groteskowe. Jego pozorna nieskazitelność jest dla mnie sztuczna i mało wiarygodna, a całość nie stanowi zbytniego wyzwania dla odbiorców. Ogólnie filmy szpiegowskie są jak dla mnie zbyt podobne i monotonne. Tak, właśnie, monotonne. Pozorne atrakcje, jakie zawierają w postaci bijatyk i pościgów, są w istocie nużące. Bohaterowie ukazani są jako niezniszczalni i z idealną fryzurą. Wprawdzie w naszych czasach obraz ten został nieco zdemitologizowany, a szpiedzy nawet się pocą, ale i tak na koniec wszystko im się udaje. Filmy szpiegowskie są dla mnie pewnym reliktem dawnych czasów i podobnie jak inne gatunki, za którymi nie przepadam, są formą odrealnionych bajek dla dorosłych.

Specyficzną kategorią filmów, są dzieła poświęcone sportowcom. Ich biografie są często bardzo inspirujące, będąc gotowym materiałem na scenariusz. W ogóle rywalizacja sportowa jest idealnym tworzywem dla filmowców z uwagi na silne emocje, jakie wzbudza wśród pospólstwa. Niestety jednak kryje się w tym wszystkim pewna pułapka. Większość twórców bowiem nie potrafi ustrzec się od popadnięcia w pewne negatywne trendy. Głównym z ich grzechów jest zbędny patos. Autorzy zamiast skupić się na w miarę wiarygodnym ukazaniu charakterystyki zmagań, wciskają widzom w mało subtelny sposób przepełnione kiczem i ckliwe sceny, które mają za zadanie wycisnąć z ich oczu łzy wzruszenia. Naprawdę, sport sam w sobie jest wystarczającym źródłem uniesień i nie potrzebuje dodatkowego podrasowania. Większość filmów sportowych nie spełnia oczekiwań prawdziwych fanów sportu. Nastawione są na tanią sensację i przymilanie się najniższym instynktom gawiedzi. Mało w nich samego sportu i hołdu oddanego heroicznej rywalizacji. Oprócz tego są mało fachowe, przez co często ukazane zmagania przybierają karykaturalny wizerunek. Ma się wrażenie, że reżyserzy i scenarzyści nie mają tak naprawdę zielonego pojęcia o dyscyplinie, jaką portretują. Swoje dodają również polskie tłumaczenia zagranicznych filmów, w których pełno jest błędnych sformułowań, co także jest dowodem na brak fachowości i wiedzy ludzi odpowiedzialnych za ostateczny kształt produkcji. Z przykrością muszę stwierdzić, że w zasadzie to nadal czekam na w pełni satysfakcjonujący dramat sportowy, który byłby godną reprezentacją konkretnej dyscypliny sportu.

Ostatnia grupa to tak zwane filmy taneczne. I tutaj podobnie jak z kinem sportowym nie skreślam całkowicie tego typu produkcji. Dobry film o tańcu nie jest zły. Za przykład może tu posłużyć "Czarny łabędź", a ze starszych dzieł "Cały ten zgiełk" czy kilka innych klasycznych musicali. Niestety, zwłaszcza po roku 2000 powstało wiele obrazów, które poszły zdecydowanie w stronę tandety. Kojarzą się one z tanimi i naiwnymi dziełami skierowanymi głównie do młodzieży, chociaż nie zawsze. Nie podobają mi się one głównie ze względu na swoją stylistykę, która jest w moim odbiorze niesmaczna i kiczowata. Zamiast ukazania skali ludzkiego talentu i czystych umiejętności, skupiają się na efekciarstwie, przeradzając się w rozrywkę niskich lotów. W dodatku często mieszane są z romansem, co nadaje im jeszcze bardziej harlequinowskiego charakteru. Są też zwyczajnie infantylne i trudno traktować je poważnie. Taniec, podobnie jak sport, staje się dla twórców okazją do niewybrednej manipulacji, przyklaskując prymitywnym instynktom. Robienie czegokolwiek pod publiczkę jest błędnym podejściem. Na szczęście moda na "taneczne" filmy i seriale jak się zdaje, przeminęła już parę ładnych lat temu.

Luźne gatki - Osły, które dowiozły

Osioł, jaki jest, każdy widzi. Właściwie to koń, ale osioł w sumie też. Czy osły są zatem dyskryminowane? Częściowo tak. Jednak w świecie ki...